Z WIZYTĄ W LAVARE DESTYLARNIA LAWENDY – FOTORELACJA




Gdy jesienią ubiegłego roku dowiedziałam się że niedaleko Rzeszowa znajduje się plantacja lawendy, wiedziałam że muszę tam pojechać. Od razu skontaktowałam się z właścicielką i upewniwszy się, że odnajdę tam prawdziwą pasję, bez wahania zaproponowałam wywiad. Anna Rząsa, która od kilku lat prowadzi Lavare Destylarnia Lawendy z radością zgodziła się opowiedzieć mi historię powstania swojej firmy. Wspólnie jednak doszłyśmy do wniosku, że wywiad musimy odłożyć w czasie by poczekać aż lawenda zakwitnie. Czekałam więc wiele miesięcy, ale było warto!
Ania wraz z rodziną ugościła mnie wspaniale. Nasz wywiad przeprowadzałyśmy zbierając lawendę, która następnie została poddana destylacji. Zanim na stronie pojawi się zapis naszej rozmowy, chciałabym podzielić się z Wami krótką fotorelacją którą zamieszczam poniżej.

To właśnie za tymi drzwiami znajduje się destylarnia - królestwo Ani. Miejsce w którym materializują się marzenia, ale nie tylko...






Zanim wyruszyłyśmy na lawendowe pole, trzeba było się trochę przygotować. Ania sprawdza czy mikrofon jest dobrze przypięty i czy dyktafon jest na swoim miejscu. Ja tymczasem robię zdjęcia.


Cały ten kosz musi być wypełniony kwiatami lawendy.


Na plantacji znajduje się 1700 krzewów lawendy. My będziemy obcinać kwiaty z zaledwie kilkudziesięciu.





Kwiaty ścinane są z łodyżkami - tam też znajdują się olejki eteryczne. Obcinając lawendę cały czas rozmawiałyśmy. Ania opowiedziała mi o tym jak powstała plantacja oraz jak wygląda praca w destylarni. Zdradziła mi również swoje plany na przyszłość ale to już w innym wpisie ;) 




Na plantacji lawendy tymczasowy dom zlazły też pszczoły. 






Kosz już prawie pełny. Znajduje się w nim około 5 kilogramów kwiatów lawendy, co wystarczy na jeden cykl destylacji. Wypełnienie takiego kosza kwiatami to zajęcie czasochłonne ale unoszący się dookoła cudowny zapach lawendy sprawiał, że chwile mijały szybko i to w błogim nastroju. 





Kwiaty lawendy ścięte. Teraz czas na przygotowanie się do destylacji. Zawartość całego kosza trzeba umieścić we wnętrzu destylatora. W tym procesie niezbędna jest pomoc jeszcze jednych dłoni...



Dla niedowiarków - cały kosz kwiatów lawendy wciśnięty do destylatora. Ania zawsze może liczyć na pomoc męża Bogusia. 



W trakcie jednego procesu destylacji który trwa 2 godziny powstaje 60 ml olejku eterycznego (ta warstwa na górze) oraz ok. 3 litry hydrolatu. 





W destylarni Lavare czas szybko upłynął. To było niesamowite spotkanie i bardzo ciekawy wywiad przeprowadzony w cudownych okolicznościach przyrody. Na pożegnanie Ania obdarowała mnie hydrolatem i rzecz jasna bukietem lawendy  - aby jej zapach towarzyszył mi na dłużej :) 


Aniu, Bogusiu - bardzo Wam dziękuje za możliwość uczestniczenia w tym niemalże magicznym procesie jakim jest destylacja! 



,

JESTEM ARTYSTĄ I WIEM, ŻE MAM TALENT. WYWIAD Z PIOTREM BORUTĄ – AKTOREM, BRZUCHOMÓWCĄ I KOMIKIEM.




Piotr Boruta  to wszechstronny aktor, brzuchomówca, klown, muzyk i komik. Finalista telewizyjnego show „Mam Talent” w którym wystąpił razem ze stworzoną przez siebie lalką o imieniu Czocher. Jako aktor na swoim koncie ma epizody w takich serialach jak „Klan”, „M jak Miłość” czy „Na Dobre i na złe”Poza tym, ponad trzy dekady na scenie, miliony uśmiechów i setki przedstawień. Piotr Boruta to niewątpliwie wyjątkowa osobowość – pełna pasji, empatii i talentu.

Poznajcie prawdziwego artystę.
Panie Piotrze, od wielu lat występuje Pan na scenach całej Polski jako aktor, mim, klown, brzuchomówca… Które z tych zajęć jest Panu najbliższe i co tak naprawdę jest Pana pasją?
Zdecydowanie aktorstwo i teatr. To właśnie aktorstwo otwiera mi drogę do realizacji wszystkich moich pasji. Z niego czerpię najbardziej.
Jak zostaje się aktorem? Czy do bycia aktorem potrzebne są jakieś specjalne predyspozycje?
Wielu osobom wydaje się, że potrzeba do tego ogromnej śmiałości.
Tymczasem ja byłem bardzo nieśmiały. Moja przygoda z aktorstwem
zaczęła się… w technikum o specjalizacji monter urządzeń elektronicznych. Działało tam kółko teatralne, które od początku wzbudzało moją ciekawość. Jednak nieśmiałość nie pozwalał mi uczestniczyć w jego zajęciach. W pierwszej klasie stchórzyłem, jednak w kolejnym roku, zachęcony przez kolegów i nauczycieli postanowiłem spróbować. I okazało się, że nauka tekstów, występowanie na scenie przychodzi mi z wielką łatwością, co było bardzo przyjemne. To właśnie tam zaczął się przejawiać mój talent aktorski, który jako pierwsza dostrzegła nauczycielka języka polskiego. I ten talent starała się we mnie rozwijać aż do ukończenia szkoły średniej. Namawiała mnie również abym zdawał do szkoły aktorskiej, ale znów zwyciężyła nieśmiałość. Bałem się porażki i odrzucania oraz związanych z tym emocji. Jednak uczestnictwo w kółku teatralnym sprawiło, że pokochałem scenę i zrozumiałem, że powinna być częścią mojego życia.
Jaką w takim razie wybrał Pan drogę to tego, aby  zostać aktorem i uczynić scenę miejscem, gdzie realizuje Pan swoją pasję?
Wkrótce  po ukończeniu szkoły średniej spotkałem znajomego, od którego dowiedziałem się, że w teatrze „Guliwer” przyjmowani są adepci aktorstwa. Zgłosiłem się tam na przesłuchanie i zostałem przyjęty, co zdecydowanie podbudowało moje poczucie wartości i utwierdziło w przekonaniu, że  mam talent. Pracowałem w „Guliwerze” jako adept, a po dwóch latach zdałem egzamin eksternistyczny w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej (wydział lalkarski) w Białymstoku, nabywając w ten sposób prawo do wykonywania zawodu aktora-lalkarza. Następnie przez wiele kolejnych lat grałem w warszawskich teatrach lalkowych m.in. „Lalce” czy właśnie „Guliwerze”. Tak zaczęła się moja droga zawodowa, którą wciąż kroczę.
Oglądając Pana na scenie widzimy osobą, która ma niesamowity kontakt z publicznością. Czy nieśmiałość już całkiem zniknęła?
Gdy wychodzę na scenę wiem, że muszę wykrzesać z siebie cała pewność
siebie, by grać, by na twarzach pojawiły się uśmiechy. To właśnie scena i
moi widzowie dają mi tę siłę, energię i odwagę. Nie mogę jednak powiedzieć, że nieśmiałość i trema całkowicie zniknęły. Po prostu nauczyłem się nad nimi panować.
Piotr Boruta. Zdjęcie: archiwum prywatne.
Czy zawsze udaje się Panu rozbawić publiczność? Na ile Pana skecze są reżyserowana a na ile jest to improwizacja?
Zazwyczaj udaje mi się publiczność rozbawić. Ale to, czy skecz wyjdzie czy nie zależy w dużej mierze od tego, na kogo się trafi. Jeżeli na osoby otwarte i spontaniczne, to wszystko zazwyczaj jest OK. Czasami jednak trafia się na przysłowiową „ścianę”, a wtedy może wyjść tak zwany „żart nieśmieszny” czyli taki, który śmieszy tylko aktora. Na szczęście takie sytuacje zdarzają się niezwykle rzadko. Gwarantuję uśmiech, bo pracuję na scenie od wielu lat i mam duże doświadczenie w tym co robię. Korzystam z wielu technik, które staram się dostosowywać do sytuacji i potrzeb chwili. Jeżeli na przykład nie rozbawię kogoś jako brzuchomówca to na pewno zrobię to jako clown czy mim. Zawsze mam też przygotowany scenariusz scenki, skeczu czy zabawy albo przynajmniej ich obszerny zarys. Czasem jednak muszę improwizować. Moją publicznością często są dzieci. I w ich przypadku żaden scenariusz nie jest pewny.
Jaki jest największy Pana sukces w życiu zawodowym?
Zawsze powtarzam, że jest nim uśmiech, który widzę na twarzach widzów. Z tych uśmiechów jestem ogromnie dumny i stanowią one sens mojej pracy. Jeżeli natomiast chodzi o bardziej mierzalne osiągnięcia, to na pewno największym sukcesem zawodowym był występ w telewizyjnym show „Mam Talent”, gdzie wystąpiłem jako brzuchomówca w duecie z Czocherem – lalką którą stworzyłem. Udział w tym programie dał mi ogromne poczucie spełnienia i satysfakcję, a także znacznie poszerzył krąg odbiorców. Występ w telewizyjnym show o tak dużej oglądalności sprawił też, że dosyć szybko stałem się rozpoznawalny.
Autor: TVN/Mirosław SosnowskiMam Talent 10 odc 6 https://www.tvn.pl/programy/mam-talent,19,pc/aktualnosci,3607/piotr-boruta-i-czocher-wrocili-na-scene-mam-talent-niesamowity-duet-oficjalna-strona-stacji-tvn,267362,n.html
Oprócz występu w „Mam Talent” jest jeszcze jedno miłe zdarzenie, które poczytuję sobie jako sukces. Kilka lat temu zostałem zaproszony na charytatywną galę. Zanim wystąpiłem, obserwowałem występy innych uczestników. Jednym z nich była mała dziewczynka, która miała przygotowaną piosenkę. W trakcie śpiewania zapominała słów, zacięła się i zestresowana zeszła ze sceny – przed czasem. Znałem to uczucie. Wiedziałem, że na pewno długo się przygotowywała, że może to być dla niej traumatyczne przeżycie. Dlatego, gdy przyszła moja kolej, postanowiłem zaprosić dziewczynkę na scenę ponownie, zachęcając by dokończyła występ. Tym razem zaśpiewała całą piosenkę. A ja byłem z siebie, z tego co się stało bardzo dumny. Do dziś bardzo miło to wspominam.
Czy Czocher, z którym wystąpił Pan w Mam Talent powstał z potrzeby chwili czy z potrzeby rynku?
Zarówno z potrzeby rynku jak i potrzeby chwili. Odkąd pamiętam chciałem zrobić coś takiego, co byłoby spektakularne – i lepiej się sprzedawało. Wielokrotnie przymierzałem się do brzuchomówstwa, ale długo nie miałem pomysłu na odpowiednią lalkę. Nie podobały mi się lalki znane z amerykańskich programów, które przeważnie miały wielkie oczy i ruchomą, opadającą wargę – nie chciałem się na nich wzorować. W głowie miałem pewną wizję i czekałem na moment, w którym bardziej się ona wyklaruje. Stało się tak, gdy trafiłem na odpowiedni materiał. On mi podpowiedział resztę. Zrobiłem szkic i szukałem kogoś, kto będzie mógł wykonać lalkę według mojego projektu. Z pomocą przyszła znajoma, która podjęła się uszycia Czochera. Potem tylko trzeba było pokazać go światu. W tamtym czasie współpracowałem z fundacją, która opiekowała się chorymi dziećmi. Razem z Czocherem zacząłem odwiedzać je w szpitalach, by swoimi występami choć trochę umilić im czas. Gadająca małpka od razu zdobyła serca szpitalnej widowni: Czocher zaliczył bardzo udany debiut.
Piotr Boruta z Czocherem – Fragment spektaklu „Gdzie jest moja bajka?” W wykonaniu Agencji Artystycznej Din-Don, w składzie Piotr Boruta, Dariusz Dziewięcki.
Materiał dostępny w serwisie Youtube
 W ducie z Czocherem występuje Pan jako brzuchomówca. Czy brzuchomówstwo to trudna sztuka?
W brzuchomówstwie największą trudnością jest stworzenie duetu, który się uzupełnia. Jedna z postaci-lalka musi na tyle absorbować uwagę widowni by odwrócić uwagę od aktora-brzuchomówcy. Takie duety najlepiej buduje się na zasadzie przeciwieństw, korzystając ze starych schematów teatralnych czy filmowych. A więc: gruby-chudy, mądry-głupi czy wysoki-niski. Nasz duet bazuje na tym, że ja jestem taki trochę elegancki, dystyngowany i grzeczny, a Czocher jest bezpośredni i zwykle
nazywa rzeczy po imieniu. Na tym właśnie polega nasze przeciwieństwo i różnorodność. To jest baza, na której powstają wszystkie nasze żarty i konflikty. Jeżeli chodzi natomiast o techniczne aspekty brzuchomówstwa, to jest to technika której jak każdej innej można się nauczyć i wyćwiczyć. Jednak należy pamiętać, że aby móc ją z sukcesem stosować należy mieć pewne predyspozycje i obycie sceniczne.
Czocher szybko stał się sławny. Ma swój Fan Page, swoją widownie… Można by powiedzieć, że przyćmił trochę Piotra Borutę. Nie jest Pan trochę o niego zazdrosny?
Szczerze? Tak. Jestem trochę zazdrosny. Kiedyś nawet usłyszałem takie serio-stwierdzenie, że z Czocherem to można się bez problemu dogadać, a ze mną niestety nie. Jest to więc zazdrość o to, że nie potrafię być w życiu taki jak on. Jednak z drugiej strony jestem bardzo dumny, że stworzyłem taką wyrazistą postać, która niejako żyje swoim życiem.
Czy zdarzyło się, że pomimo starań nie udało się Panu rozweselić jakieś publiczności? Jeżeli tak, to jak poradził sobie Pan z taką sytuacją?
Pamiętam szczególnie jedną taką porażkę. Występując korzystałem z programu, nad którym pracowałem przez lata i śmiało mogę powiedzieć, że jest sprawdzony. Ma on w sobie wiele modułów, które zawierają różne techniki, elementy zaskoczenia, kontynuacji itp. Pewnego razu z tym właśnie programem występowałem w przedszkolu, gdzie nie miałem żadnego nagłośnienia i ogólnie były trudne warunki. Dzieci mnóstwo, nikt nad nimi nie panował. Panie przedszkolanki, które obserwowały mnie z boku wyraźnie dawały mimiką do zrozumienia, że mój występ nie przypadł im do gustu i nie mają zamiaru uciszać dzieci. Ja mimo wszystko kontynuowałem występ, bo nawet w takich trudnych momentach trzeba trzymać emocje na wodzy, być profesjonalistą. Doprowadziłem spektakl do końca i myślałem o sobie „Piotrek-zawodowiec”. Podchodzi do mnie jednak jedna z pań i mówi tak: – „Wie pan co, to było beznadziejne!” – No, mocno – pomyślałem, ale odezwał się we mnie duch przekory i postanowiłem podrożyć temat. – „A co dokładnie się pani nie podobało?” – zapytałem, dodając, że jej odpowiedź pomoże mi w przyszłości poprawić błędy. Ale ta, zacietrzewiona, wypaliła: – „Wszystko proszę pana, wszystko!” Muszę przyznać – zabolało. Smutek jednak nie trwał długo, bo następnego dnia odegrałem ten sam program w innym przedszkolu… I mój spektakl wszystkim się podobał, zarówno paniom, jak i dzieciom. To kolejny przykład na to, że różnym ludziom podobają się różne rzeczy i dlatego nie należy się szybko poddawać. Morał jest też taki, że kiedy kogoś krytykujemy, róbmy to merytorycznie – z szacunku do siebie i do drugiej osoby.
 Na jakiego typu imprezach Pan występuje i dla jakiej publiczności?
Często występuję w szkołach, gdzie moją publicznością są nieco starsze dzieci, ale zdarzają się również wesela, urodziny, imprezy firmowe i medialne czy różnego rodzaju rocznice. Tam moją publicznością w większości są dorośli.
Piotr Boruta – życie na scenie i poza sceną
Jak wygląda konkurencja w tym fachu i w jaki sposób zdobywa Pan klientów?
Dziś konkurencja jest bardzo duża, ale też rynek jest potężny. Bardzo dużo klientów mam z tak zwanego „polecenia”, ale na wielu większych imprezach mogę wystąpić dzięki współpracy z agencjami takimi jak Agencja Artystyczna „Mimello – artyści do usług”  oraz agencją „Art Show” prowadzoną przez Magdalenę Kaźmierczak-Burchardt.
Gdzie Pan szuka inspiracji i w jaki sposób regeneruje się Pan po występach?
Bardzo inspiruje mnie czytanie i wiedza, która dzięki temu zdobywam. W wolnych chwilach lubię też żonglować. Wiadomo, że mając kilkadziesiąt lat już nie zostanie się mistrzem, ale wg. badań naukowych nauka żonglowania pozytywnie wpływa na mózg i zapobiega demencji. Ucząc się nowych trików neurony zaczynają się regenerować a nasz umysł staje się sprawniejszy. Brzmi to jak “abrakadabra”ale jest potwierdzone badaniami.
101 zastosowań pałek do żonglowania – materiał z serwisu Youtube
Jakie są  największe plusy życia ze swojej pasji? Życia zgodnie z tym co lubi się robić i do czego ma się naturalne predyspozycje?
Chiński myśliciel Konfucjusz głosił, że jeżeli człowiek będzie robił to co lubi, to nie przepracuje ani jednego dnia w swoim życiu. I potwierdzam, to się zgadza. Jeżeli wykonuje się swój zawód z pasja i radością, to nie jest to żaden wysiłek. Dla mnie dodatkową frajdą i taką wartością dodaną jest uśmiech publiczności. Czasami w sezonie, gdy tych występów jest sporo,gdy jest zmęczenie, to ten uśmiech jest taką dodatkową zapłatą, nagrodą, daje uczucie spełnienia. Człowiek wie, że to co robi ma sens.
A czy życie z pasją według Pana ma jakieś minusy?
Wszystko ma swoje plusy i minusy. Największym minusem mojego życia pasją jest nieustanne zmaganie się z ekonomią. Ciężko być równocześnie i artystą i przedsiębiorcą. Gdy nie ma się biznesowej żyłki, to czasami sprawy wymykają się spod kontroli. Bez sensownego „biznes planu” można się zagubić w gąszczu codziennego życia. Aby się w tej branży utrzymać trzeba nieustannie wykazywać się kreatywnością, zaskakiwać wciąż nowymi pomysłami i być gotowym na udział w tym „wyścigu”. Ta presja rywalizacji jest najtrudniejsza i pragnąc być artystą scenicznym trzeba sobie z tego zdawać sprawę. Czasami jest kilkadziesiąt zgłoszeń na jedną imprezę i trudno się przez ten gąszcz ze swoją ofertą przebić. Dlatego coraz częściej bywają dni bez zleceń, bez pracy. Niestety zdarzają się wtedy takie momenty, że zastanawiam się, czy nie pójść na kasę do Biedronki, by ze spokojną głową dotrwać do emerytury. Albo wracam wspomnieniami do czasów, gdy praca w teatrze dawała mi tak pożądane poczucie stabilizacji. To był mój „gwiezdny czas”. Teatr był moim domem, w którym czułem się jak u Pana Boga za piecem. Ćwiczyłem różne techniki aktorskie, interesowałem się metodą Grotowskiego, tańcem Butoh, jeździłem na warsztaty do Gardzienic, czy suwalskiego Teatru Pogranicza, Węgajty. Inna rzecz, że dziś świat poszedł w zupełnie innym kierunku, a efekty tamtych poszukiwań stały się tak archaiczne, że mogą zainteresować jedynie archeologów.
Inna rzecz, że dziś świat poszedł w zupełnie innym kierunku, a efekty tamtych poszukiwań stały się tak archaiczne, że mogą zainteresować jedynie archeologów.
O tym jak wygląda prawdziwe życie artysty napisałem w krótkim opowiadaniu które można przeczytać „TU”
W takim razie jak to zrobić, by utrzymywać się z bycia artystą?
Najprostszym sposobem jest mieć plan i cel. Trzeba też wiedzieć czego się chce. Jeśli chce się za dużo, to może być trudno. Dlatego zamiast wciąż myśleć o Grotowskim postanowiłem próbować wszystkiego – od aktorstwa po żonglerkę. Należy umieć wycenić swoje możliwości i być elastycznym. Dosyć istotna jest świadomość „po co to robimy”. Dla artysty ważnym motywem jest „zdobycie uznania”. Oklaski dają ogromne zadowolenie. Ale jeżeli gra się wyłącznie dla oklasków, dla publiczności, to można się bardzo psychicznie poturbować, bo ego chce wciąż więcej i więcej.
Jeżeli więc artysta nie ma w sobie poczucia własnej wartości, to jego ego nigdy nie będzie zaspokojone. Gdy widownia milknie, pojawia się frustracja. I taki niezwykły smutek, z którym trudno sobie poradzić. Aby tego uniknąć trzeba docenić to, co się ma we wnętrzu. Na tym budować. Jeżeli nie będzie takiej kolejności, to łatwo się zatracić, skończyć w nieciekawy sposób. Znamy wiele takich artystycznych biografii. Dlatego właśnie trzeba odkryć siebie i pozwolić swemu talentowi wzrastać tak, by mógł się obyć także bez oklasków.
Czym według Pana jest pasja? Czy może Pan podać czytelnikom swoją definicję?
Pasja jest wtedy, gdy robimy coś co nas uszczęśliwia i pomimo tego, że ma to swoje wady to staje się naszym świadomym wyborem.  Zasadniczo, słowo pasja ma według mnie dwa znaczenia. Pierwsze z nich to taka namiętność, którą można porównać do porywów serca, gdy jesteśmy zakochani. Wtedy idziemy za tym co nas interesuje bez względy na to co się dzieje. Potem,  gdy te emocje opadną to przychodzi  zderzenie z rzeczywistością i zaczynamy dostrzegać też niekorzystne rzeczy, które są z nią związane. Wtedy musimy nauczyć się tak sterować naszym życiem, by ta nasza pasja nie przyniosła szkód tylko jak najwięcej korzyści. Chodzi o to, by nie tracąc z oczu celu dokonywać takich wyborów by nas do tego celu przybliżały a nie oddalały. Aby to dobrze zrobić musimy mieć świadomość tego, że ta droga do celu nigdy nie będzie prosta a my powinniśmy być elastyczni i próbować odnaleźć dobry zakręt.
W innym wypadku popadniemy w drugi rodzaj pasji, który można nazwać „szewską pasją”. Taka pasja jest wtedy, gdy robimy coś zapamiętale bez korygowania powstających błędów. Życie z tego typu pasją prowadzi tylko do złości i rozgoryczenia. Człowiek, który chce żyć w zgodzie ze swoją pasją powinien być jak dobry żeglarz, który wie jak ustawić żagle by jego statek dopłynął do właściwego portu. 
Panie Piotrze, bardzo dziękuje za wywiad i życzę dalszych sukcesów zawodowych.
Ja również dziękuje.
Autorem fotografii tytułowej jest Marcin Chochlew.

CHCĘ ODCZAROWAĆ POEZJĘ. DEBIUTUJĄCA POETKA MAŁGORZATA SZEPELAK OPOWIADA JAK POWSTAŁ JEJ TOMIK „KUFER CEDRU PEŁEN”




Małgorzata Szepelak – poetka, wielbicielka książek i przyrody. Kocha podróże i koty. Jak sama mawia, w życiu wiele rzeczy ją fascynuje – zapach, jaki unosi się w teatrze, festiwale literackie i filmowe oraz wschody i zachody słońca. Uwielbia  słuchać ludzi, którzy mają COŚ do powiedzenia i potrafią dzielić się swoją wiedzą oraz pasją.

Ten wywiad jest dla mnie wyjątkowy, bo wyjątkowy jest również mój gość. Razem z Małgorzatą studiowałyśmy dziennikarstwo i do dziś się przyjaźnimy. To dzięki niej odkryłam piękno Bieszczad, to właśnie ona zabrała mnie targi książki, gdzie zdobywałam swoje pierwsze autografy i to tylko dzięki niej stawiałam pierwsze kroki na nartach, choć nigdy nie wierzyłam, że dam radę. Wiele jej zawdzięczam. To ogromy zaszczyt, że mnie jako pierwszej udzieliła wywiadu. Poznajcie kobietę pełną pasji i debiutującą poetkę –  Małgorzatę Szepelak.
Gosia, znamy się wiele lat i wiem, że słowo pisane jest w twoim życiu od dawna.  Potrafisz sobie przypomnieć narodziny tej pasji?
Wydaje mi się, że ta pasja jest w moim życiu od zawsze. Jednak najbardziej poczułam ją w momencie, gdy po raz pierwszy trafiłam do biblioteki szkolnej, gdzie mogłam wypożyczyć sobie kilka książek równocześnie. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa i z dumą niosłam je wszystkie do domu. Potem z niecierpliwością czytałam jedna za drugą zanurzając się w świecie głównych bohaterów i ich przygód. Ta pasja do czytania jest wciąż żywa w moim życiu, natomiast pisanie pojawiło się niejako równolegle do czytania. W dzieciństwie pisałam trochę wierszy, a w liceum próbowałam swoich sił jako copywriter pisząc slogany wyborcze dla kolegi z klasy, który startował do samorządu uczniowskiego.
Pamiętasz swój pierwszy wiersz?
Swój pierwszy wiersz napisałam w trzeciej klasie szkoły podstawowej i był on bardzo tradycyjny, bo posiadał rymy i regularne, grzeczne zwrotki;-) Pamiętam, że miał bardzo pozytywny odbiór wśród moich nauczycielek, co jeszcze bardziej zachęciło mnie do tego, by zająć się pisaniem. Z czasem zarzuciłam swoje twórcze plany.
Dlaczego zrezygnowałaś?
Głównie dlatego, że miałam bardzo dużo innej nauki. To jest właśnie niekorzystne  w naszym systemie nauczania, że uczniowie nie idą w kierunku pasji i naturalnych uzdolnień tylko wymaga się od nich tego, by uczyli się wszystkiego. Jeśli ktoś przejawia uzdolnienia np. w kierunku humanistycznym to obciąża się go nauką przedmiotów ścisłych. Chcąc wywiązać się ze szkolnych obowiązków zrezygnowałam z pisania wierszy.  Po latach zrozumiałam, że wena jest kapryśna i nie uznaje konkurencji;-) Starałam się jednak regularnie pisać pamiętnik. Ten nawyk szczęśliwie został mi do dziś.
Co daje ci teraz regularne pisanie pamiętnika?
Mam wrażenie, że dzięki temu jest mi o wiele łatwiej zamieniać myśli w zdania i nadawać im właściwą formę. Dzięki regularnemu pisaniu pamiętnika coraz sprawniej przychodzi mi też pisanie wierszy. Dla mnie pamiętnik to miejsce, w którym zapisuję pomysły, utrwalam wspomnienia i robię notatki. To coś jak taki mój tytułowy „kufer”, do którego wkładam wszystko, co dla mnie ważne, by potem móc wyciągnąć z niego trochę skarbów w postaci prozy lub poezji 🙂
Gosia jak powstają twoje wiersze?
Zawsze gdy mam potrzebę przelania swoich myśli na papier, to najczęściej jest to proza. Wiersze właściwie pojawiają się pomiędzy tymi formami – trochę od niechcenia, trochę przypadkiem i zwykle wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewam. Czasem siadam, by w kilku zdaniach opisać dzień w pamiętniku i wtedy nagle pojawia się pomysł, a z niego nieoczekiwanie powstaje wiersz. Tego nie można do końca się przewidzieć i zaplanować.
Kiedy po raz pierwszy poczułaś się poetką?
W 1998 roku wysłałam swój wiersz na konkurs im. Bolesława Leśmiana w Zamościu i tam również po raz pierwszy dostałam wyróżnienie. Wtedy dla mnie to było takie zaproszenie do świata twórców poezji i pisarzy, ale jeszcze nie czułam się na siłach by wiązać się z tym światem. W domu czekał na mnie roczny synek, który wymagał ode mnie wiele czasu i uwagi. Postanowiłam więc poświecić się rodzinie, w głębi serca licząc na to, że świat poezji da mi jeszcze jedną szansę. Z biegiem czasu czułam jednak coraz większy głód obcowania ze światem literatury i sztuki. Zaczęłam regularnie jeździć na targi książek, na festiwale literackie oraz spotkania z autorami. Często bywałam również na festiwalach filmowych oraz aktywnie uczestniczyłam w projekcjach Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Klaps” w Rzeszowie. W międzyczasie zajmowałam się rodziną, pracowałam, studiowałam i pisałam do „szuflady”. Prawdziwą poetką poczułam się dopiero wtedy,  gdy przeczytałam opinię mojego pierwszego wydawcy Jerzego Fąfary, który jednocześnie jest poetą, pisarzem i autorem słuchowisk radiowych. Jego pierwsza recenzja utwierdziła mnie w przekonaniu, że moje pisanie ma sens.
 „Świetne dojrzałe wiersze pełne przedziwnego kobiecego światła. Metafora nowa i ciekawa. Zaskakujące ostrogi różańca – chyba jeszcze nikt tak nie pisał, spojrzenia ściągające sukienki w Pani ujęciu i tym wierszu bardzo poruszające, skundlone demony też ciekawe”. –
Recenzja Jerzego Fąfary
No właśnie. Wkrótce na rynku pojawi się twój pierwszy tomik poezji „Kufer Cedru Pełen”.  O czym będzie? 
Tomik „Kufer Cedru Pełen” to dwadzieścia dwa wiersze przeplecione fragmentami dzienników, które składają się w pewną całość. Ta konstrukcja doskonale oddaje mój proces twórczy, o którym wcześniej wspominałam. W „Kufer cedru pełen” chciałam pokazać, że prozę życia można ubrać w wersy poezji. W coś, co warte jest zatrzymania i refleksji.  Mam nadzieję, że mi się to udało, ale ocenę zostawiam czytelnikom.
Decyzja o pokazaniu światu swojej twórczości na pewno nie jest łatwa. Jak doszło do tego, że jednak zdecydowałaś się na to, aby podzielić się swoją poezją?
Do tego aby wysłać, a następnie wydać swoje wiersze najbardziej zmotywował mnie mój mąż, Tomasz. To on dał mi prawdziwego „mentalnego kopniaka”, uświadomił znaczenie pasji w życiu i to jemu w większości zawdzięczam to, że ostatecznie zrobiłam ten krok.
Małgorzata Szepelak wraz z mężem Tomaszem
Miałam również ogromne wsparcie w otoczeniu bliskich znajomych, którzy po przeczytaniu moich wierszy wciąż dopingowali mnie do tego, aby ujrzały one światło dzienne. Kto by przeszedł obojętnie obok takiej opinii?
„Gosiu,
Przeczytałam Twoje wiersze i szczerze Ci powiem, że : „No, no”! Jest dobrze, nawet bardzo.
Widać, ze to wszystko jest bardzo Twoje. Widać, że masz koncepcję co do przekazu i konstrukcji także. Na pewno nie jesteś odtwórcą.
Zabawne, ale jeden z Twoich wierszy przywodzi mi na myśl konkretną osobę, z którą mijam się od jakiegoś czasu. Ten człowiek jest jak wycięty z Twojego wiersza. I podobnie mnie zachwyca

W ogóle w Twoich wierszach widać wyraźnie różne typy ludzkie. Nie ma uniwersum. Jest zróżnicowanie. Jest indywidualność. Bohater liryczny nie jest jak od jednej sztancy. Czasami jest kobietą, czasami mężczyzną… To jest interesujące. I takie prawdziwe.
Ja nie czuję Twoich wierszy jako abstrakcji; to nie jest fikcja, choć oczywiście występuje przenośnia, metafora, ciekawe zestawienia różnych rzeczywistości i pojęć, ale to wciąż jest prawdziwe – to jest takie wewnętrznie poprzecinane Twoją grą słów i mechanizmem skojarzeń. I chyba kluczowe jest też to, ze ja Twoje wiersze czuję, a nie tylko czytam.
Jest bardzo dobrze, Gosiu. Gdybym tak potrafiła pisać, to też chciałabym wydać swoje wiersze.
Serdeczne gratulacje 
 Naprawdę mocny z Ciebie zawodnik!” 
Recenzja Asia Dąbrowiecka
Asia Dąbrowiecka, prawdziwa pasjonatka literatury i sztuki i pierwsza recenzentka mojej poezji. Nieocenione wsparcie dotyczące wydania książki otrzymałam również od  Urszuli Płonka, która niezłomnie dopingowała mnie do podjęcia tego kroku, nawet wtedy, gdy już się poddawałam. W mojej decyzji utwierdzał mnie także mój chrześniak Damian – wymieniliśmy chyba tonę wiadomości dotyczących poezji, pisania i wydawania.  Jak widać – w spełnianiu marzeń pomagają inni. Warto o tym pamiętać, i choć jestem typem introwertyka, to mam tę świadomość, jak dużo zawdzięczam moim znajomym.
Jak wygląda rynek wydawniczy jeżeli chodzi o poezję? Czy łatwo jest znaleźć wydawcę?
Na początku chciałam sama wydać swoje wiersze. Miałam już pewną wizję i okładkę  –  piękną akwarelę, którą namalowała dla mnie znana rzeszowska malarka Wioletta Cielecka. Postanowiłam jednak mimo wszystko spróbować znaleźć wydawcę, bo przy debiucie literackim i tym bardziej w poezji bardzo ważne jest wsparcie wydawcy, który dysponuje sprawdzonymi kanałami dystrybucji i doświadczeniem. Dlatego zdecydowałam się wykorzystać kontakty, które nawiązałam podczas targów książki i zaczęłam poszukiwania od lokalnych wydawców. Bardzo szybko odezwał się do mnie Jerzy Fąfara, który reprezentuje Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu. Wspólnymi siłami stworzyliśmy tomik „Kufer Cedru Pełen w formie, w jakiej ostatecznie pojawi się na rynku.
Akwarela znajdująca się na okładce „Kufer cedru pełen” wyk. Wioletta Cielecka
 Jakie to uczucie gdy spełnia się jedno z twoich marzeń?
Przede wszystkim jest to ogromna radość, która dodaje mi  skrzydeł i prawie czuje, że unoszę się nad ziemią! 🙂  Dla mnie jest to całkowita zmiana perspektywy myślenia. Mogę to porównać nawet do momentu urodzenia dziecka, gdy czuje się, jakby cały świat przewracał się do góry nogami. Życie wprawdzie toczy się dalej i problemy dnia codziennego wcale nie znikają, jednak pojawia się światełko, które jak drogowskaz wyznacza kierunek, w którym mogę śmiało zmierzać. Wiem, że to pisanie jest moje, i że komuś się podoba i że mogę dzięki temu coś zrobić dla świata.
Gosia dla kogo jest twoja poezja? Czy poezję można pisać z myślą o jakiejś konkretnej grupie docelowej?
Pisząc swoje wiersze nie myślałam o tym, kto je będzie czytał ale o tym, jakie emocje zdołają wywołać. Zależało mi na tym, aby odbiorca  poczuł się tak, jak ja czuję się podczas czytania wierszy innych twórców. Chciałabym aby ktoś, kto sięgnie po moją poezję zatrzymał się choć na moment w tym pędzie jaki nas otacza i realnie odpoczął. Aby odsunął od siebie wszystkie troski i nauczył zachwycać się życiem, bo życie codzienne jest warte naszego zachwytu. W tym kontekście wydaje mi się, że moja poezja jest dla każdego, kto będzie jej potrzebował.
Żyjemy w czasach wszechobecnych mediów społecznościowych, gdzie każdy się spieszy i trudno jest znaleźć chwilę na czytanie czegokolwiek. Nie boisz się, że poezja jest zbyt wymagającą formą dla świata, który nas otacza?
Nieśmiałą moją misją jest to, by odczarować i przybliżyć poezję. Chciałabym ją wypromować w postaci dostępnej dla szerokiej grupy odbiorców – stąd połączenie w jednym tomiku tradycyjnego dziennika z wierszami.  Jest to wymagający cel, tym bardziej, że zaczynam z punktu osoby, która debiutuje w tej przestrzeni. Na rynku wydawniczym jestem po prostu osobą z „tłumu”, dlatego na swoim przykładzie spróbuję pokazać to, że z poezją warto się zaprzyjaźnić. Paradoksalnie krótka i nasycona emocjami forma literacka może wyjść naprzeciw oczekiwaniom dzisiejszych czasów. Tak naprawdę nie chodzi mi tylko o to, aby pisać i wydawać. Chodzi mi przede wszystkim o to, by moja poezja coś zmieniła na tym świecie i o to, by komuś się przydała.

Grozisz mi
Dewocją
Demencją
Zimną wojną
Bóg wie czym jeszcze
Po to, by ślepą Furią wybrukować
Pustkę
Rozpiętą między nami na chyboczącym
Wiszącym
Drgającym
Moście
Nie domkniętych drzwi
Słów niedopowiedzianych
Wyznań niedokończonych
Bawisz się palcami niczym ostrogami różańca
Strachem zastygłym w mych źrenicach
Czekam na znak co rozproszy
Wszystkie skundlone demony
Wyrwę je z korzeniami
I z dziką rozkoszą
Autor – Małgorzata Szepelak
Wiersz z tomiku „Kufer cedru pełen”

Czy jest ktoś, kto cię inspiruje?
Jest wielu pisarzy, poetów i ludzi sztuki, których twórczość nieustannie mnie inspiruje – piszę o tym na swoim blogu www.boadicea.pl.  Jednak największą i najbardziej wartościową inspiracją jest dla mnie mój tata, który w tym roku kończy osiemdziesiąt lat. To on zaszczepił we mnie pasję do literatury i jest prawdziwym wzorem godnym naśladowania. Przez całe życie bardzo ciężko pracował, ale każdą wolną chwilę spędzał czytając książki. Uwielbia czytać biografie, książki historyczne i literaturę faktu. Ostatnio przyjechałam do niego w odwiedziny i zastałam go totalnie zaczytanego w książce „Jezu, Ty się tym zajmij” o. Dolindo Ruotolo. Jak dotąd nie widziałam taty czytającego religijne książki. Akurat wtedy był w połowie lektury, a książka jest dość gruba. Powiedziałam mu: „Ooo, dużo już przeczytałeś!” On mi na to: „Małgosiu, czytam ją trzeci raz”. Książkę przywiozłam mu trzy miesiące wcześniej;-) Podziwiam go.
Skoro rozmawiamy o inspiracji nie mogę nie wspomnieć o mojej fantastycznej profesorce języka polskiego z liceum, Zofii Gorgol. To do niej garstka chętnych ustawiała się w kolejce na przerwach po dodatkową listę książek do przeczytania. Ja i kilka osób z mojej klasy mieliśmy niedosyt, jeśli chodzi o obowiązkową listę lektur, a profesor Zofia z łobuzerskim błyskiem w oku i półuśmiechem rzucała tytułami świetnych książek. Zapisywaliśmy je z nabożna czcią. To ona motywowała mnie i całą klasę do wznoszenia się nad poziomy i poszukiwania w życiu czegoś więcej. Uważam, że zaszczepiła we mnie chęć sięgania po cele pozornie niedostępne, potrzebę, by nie poprzestawać na tym, co jest łatwo osiągalne. Z ogromnym pietyzmem podchodząca do naszego języka ojczystego i kultury, na tym etapie dorastania była dla mnie – i nie tylko dla mnie – idealnym przewodnikiem. Bardzo wiele jej zawdzięczam!
Wracając do twojej pasji. Jesteś kobietą, która cały czas jest aktywna zawodowo. Jak udaje ci się łączenie pracy z pisaniem?
Da się to połączyć, ale nie jest to łatwa sprawa. Przez siedemnaście lat pracowałam w hurtowni kwiatów żywych, gdzie pracę zaczynałam o 4 nad ranem, bywało też, że wcześniej. Ta praca uświadomiła mi to, jak bardzo jestem uparta i zdeterminowana do tego, aby realizować swoje pasje mimo trudności jakie spotykałam. Zdarzały się momenty, że byłam sfrustrowana tym, że nie mam czasu na czytanie i  pisanie, bo jestem zmęczona po pracy lub czekają obowiązki domowe.Jednak pomimo zmęczenia fizycznego psychika domagała się zaspokojenia tego, co siedzi w moim wnętrzu. Dostrzegł to także wydawca,  który czytał dzienniki i wiersze i postanowił to połączyć w tomiku „Kufer Cedru Pełen”. Z jednej strony pojawia się tam proza życia jak praca, dzieci, sprzątanie i gotowanie, a jednocześnie pomiędzy tym wszystkim  powstają wiersze.
Teraz jest mi trochę łatwiej. Dzieci podrosły, a sprawy nagle zaczęły się układać. Rok temu mogłam zrezygnować z etatu, by móc prowadzić własną działalność, a to z kolei umożliwiło mi elastyczne godziny pracy. Dzięki temu jest mi łatwiej zorganizować sobie wolny czas na pisanie i na to, by rozwijać się w tym kierunku.
Jak odpoczywasz?
Uwielbiam podróże. Szczególnie te, na które mogę wybrać się z przyjaciółmi czy znajomymi. Dzięki temu możemy konfrontować swoje spostrzeżenia i odczucia. Obecność innych osób wzbogaca. Doceniam ludzi, którzy mają odmienne zdanie. Dyskutując ścieramy się wtedy jak  kamienie – im więcej starć, tym kamienie stają się gładsze. Tak jak i my. Na podstawie zetknięcia się z innym punktem widzenia wyrabiamy sobie swoje własne zdanie, co sprawia, że się rozwijamy, a jednocześnie nabieramy „ogłady” szanując zdanie innych 😉
Lubię też przyrodę, szczególnie kwiaty, których piękno pokochałam w trakcie pracy w branży florystycznej. Od jakiegoś czasu jestem też wielką fascynatką kotów. Spędzanie wolnego czasu w otoczeniu wszystkiego, co sprawia mi przyjemność to dla mnie najlepsza forma odpoczynku.
Jaką masz receptę na życie z pasją?
Na to pytanie odpowiem moim mottem które zamieściłam na swojej stronie:
„Zgromadź przy sobie wszystko to, co kochasz.
Spoglądaj na to.
Skup się na tym.
Dbaj o to.
Oddychaj tym.
Nadejdzie dzień, w którym się przebudzisz.”
Czym dla ciebie jest pasja?
Pasja to jest coś, co sprawia że odrywasz od życia codziennego i unosisz nad ziemią przynajmniej półtora metra wzwyż!  Mieć pasję to dla mnie patrzeć na życie przez różowe okulary. To jest fantastyczny stan. Chciałabym, aby każdy mógł go poczuć.
Gosia, bardzo dziękuje za wywiad oraz zaufanie. Życzę Ci wielu sukcesów!
Ja również dziękuję 🙂
Debiutancki tomik poezji „Kufer cedru pełen” autorstwa Małgorzaty Szepelak można zakupić za pośrednictwem jej strony internetowej http://boadicea.pl/tworczosc/

Linki:
BLOG MAŁGORZATY SZEPELAK  http://boadicea.pl/
PODKARPACKI INSTYTUT KSIĄŻKI I MARKETINGU  http://www.instytutksiazki.rzeszow.pl/
WIOLETTA CIELECKA MALARSTWO  http://www.beautysense.pl/

Z WIZYTĄ W LAVARE DESTYLARNIA LAWENDY – FOTORELACJA

Gdy jesienią ubiegłego roku dowiedziałam się że niedaleko Rzeszowa znajduje się plantacja lawendy, wiedziałam że muszę tam pojechać...