Przejdź do głównej zawartości

KUŹNIA FLORKOWEJ CÓRKI – MIEJSCE, W KTÓRYM POWSTAJĄ PRAWDZIWE DZIEŁA SZTUKI. O SWOJEJ PASJI OPOWIADA ANIDA PŁAZA








Anida Płaza prowadzi pracownię artystyczną w Krośnie pod nazwą Kuźnia Florkowej Córki. Zajmuje się rękodziełem m.in. pisaniem ikon, renowacją mebli malowaniem obrazów oraz inną twórczością manualną wykorzystującą różne techniki zdobnicze. Prowadzi również cykliczne warsztaty rękodzieła artystycznego dla kobiet.  

Z Anidą  Płazą spotkałam się w jej pracowni w Krośnie. Wśród pędzli, farb i drewnianych desek, które w przyszłości przeobrażą się najprawdopodobniej w ikony lub ozdobne szkatułki opowiedziała mi o swoim ciekawym życiu. Życiu z pasją. W trakcie rozmowy podglądałam jak pracuje i niemal namacalnie mogłam poczuć unoszącą się w powietrzu twórczą energię.  Zapraszam do lektury wywiadu. Poznajcie niezwykle inspirującą kobietę  
Pani Anido, prowadzi Pani pracownie pod nazwą Kuźnia Florkowej Córki. Przyznam, że jest dosyć intrygująca nazwa.  Skąd się wzięła?
Mój ojciec ma na imię Florian i był kowalem artystycznym, ale jednocześnie „złotą rączką” w pracach manualnych. Kilka lat temu, w trakcie jednego z rodzinnych spotkań poszliśmy razem do jego kuźni i przypadkowo znalazłam jego stary hebel, którym pracował jeszcze jego ojciec. Tato podszedł do mnie, wziął ten hebel w dłonie, spojrzał na niego z czułością  i powiedział: – „Dziecko, ja już nie będę nim nic robił. Ja Ci ten hebel dam.” Łzy stanęły mi w oczach, bo wiedziałam ile ten hebel dla niego znaczy. Dla mnie to było pewnego rodzaju berło i czułam się namaszczona, aby kontynuować rodzinną tradycję. Choć nie zajmuję się kowalstwem artystycznym, to inne dziedziny twórczości manualnej nie są mi obce.  Dlatego właśnie postanowiłam nazwać swoją pracownię Kuźnia Florkowej Córki.
Logo Pracowni

 Czy od zawsze zajmuje się Pani twórczością artystyczną? A może był w Pani życiu jakiś przełomowy moment, od którego zaczęła być Pani Artystką?
Choć od dziecka miałam zdolności manualne to twórczością manualną zajęłam się stosunkowo późno, bo dopiero w wieku 41 lat, gdy zrezygnowałam z pracy na etacie. Wiedziałam, że muszę się czymś zająć, bo rachunki same się przecież nie zapłacą. Przez kilka lat pracowałam po kilkanaście godzin dziennie jako kadrowa. Nadgodziny i nieustanny stres sprawiły, że zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem. Trochę czasu zajęło mi pozbieranie się po tym wszystkim, ale gdy tylko poczułam się lepiej to decyzja przyszła bardzo szybko. Na  przekór wszystkiemu postanowiłam, że zacznę zajmować się tym, „co mi w duszy gra” i zaczęłam tworzyć. To był właśnie ten przełomowy moment.
 Czy to, co Pani „w duszy gra” to jest Pani pasja? I od kiedy słyszy Pani te „dźwięki”?
Tak, to zdecydowanie można nazwać pasją! Zawsze miałam jakieś takie ciągotki manualne. Mam w sobie coś takiego, że popatrzę jak coś jest zrobione i potem staram się to sama odtworzyć. Na początku zawsze szukam informacji w Internecie. Jestem samoukiem i to mnie bardzo kręci. Najbardziej dumna jestem z tych rzeczy, których nauczyłam się sama. Rodzina śmieje się ze mnie, że moje zdolności manualne skupiły się z dwóch stron. Z pierwszej jest oczywiście mój tato, który jest kowalem artystą  a z drugiej strony jest moja babcia od strony mamy. Ona też była niesamowicie uzdolniona plastycznie, choć niestety nigdy nie udało jej się zaistnieć w tej dziedzinie. To właśnie ona nauczyła mnie wszystkich manualnych rzeczy jak malowanie, szycie czy wykonywanie różnych „damskich robótek”. Była naprawdę niesamowita. Myślę wiec, że od urodzenia miałam w sobie tę „muzykę”. Zdolności manualne dostałam w genach 🙂
 To dlaczego czekała Pani aż tak długo na to, aby podzielić się swoją twórczością ze światem?
Po podstawówce chciałam iść do plastyka, ale rodzice stwierdzili, że taki zawód nie ma przyszłości. Uważali, że prawdziwa przyszłość jest w handlu i dlatego wysłali mnie do prestiżowego liceum handlowego. To zupełnie nie była moja bajka i po roku postanowili mi podziękować 😉 Ostatecznie skończyłam liceum rolnicze, bo tam była praca ze zwierzętami a to również bardzo lubię. Po maturze wróciłam jednak do szkoły „papierkowej”  i zdobyłam dyplom ekonomisty. Nie zrezygnowałam jednak tak całkowicie z twórczości.  Zawsze, gdy zdarzały się jakieś okazje by wykazać się swoimi zdolnościami artystycznymi, to byłam pierwsza.  Jednak niestety nie były one zbyt częste.
Czy pamięta Pani swoje początki jako Artystka? Od czego się zaczęło?
W tamtych czasach gdy zaczynałam „na poważnie” bardzo modny był witraż angielski, który polegał na malowaniu i naklejaniu specjalnych folii na szkło i podkreślaniu tego wzoru taśmą ołowiową. Wiele osób o to pytało, więc postanowiłam nauczyć się tej techniki. Do robienia witraży angielskich używa się specjalnych farb transferowych. Przy malowaniu tego rodzaju farbami ani na moment nie może drgnąć ręka a moja ręka drżała wtedy nieustannie. Mimo to postanowiłam się nauczyć tej techniki.
 To jak dawała sobie Pani z tym radę?
To było bardzo trudne, ale mój organizm poradził sobie z tym. Tak bardzo chciałam malować te witraże, że potrafiłam na ten czas wyłączyć myślenie, by w stu procentach skupić się na nakładaniu farb. Byłam tu i teraz. Jedynym moim zajęciem było dbanie o to, by na malowanym witrażu nie zrobił się ani jeden pęcherzyk. To mnie uspakajało i pozwalało się wyłączyć. Stało się mimowolnie formą terapii, która pozwoliła mi stanąć na nogi. Z czasem zajęłam się innymi technikami.
 Czym zajmowała się Pani po witrażu angielskim?
Przypadkowo ktoś zapytał mnie co to jest decupage a ja nie wiedziałam… Szybciutko jednak sprawdziłam w Internecie. Spodobało mi się i postanowiłam, że spróbuje się nauczyć i zakupiłam na Allegro zestaw startowy. W tym zestawie była skarbonka, którą mam do dzisiaj. Bardzo mi się to spodobało. Potem zrobiłam również kurs, który pogłębił moją znajomość tej techniki.

Była Pani osobą bezrobotną, czy wykonywanie tych prac pozwalało się Pani utrzymać?
Niestety samego decupagu  człowiek się nie utrzyma. To są rzeczy, które wiele osób może wykonać sobie samodzielnie i nie chce za to płacić dużych pieniędzy. Ogólnie mówi się, że decupage jest to sztuka dla ubogich bo takie było jej pierwotne założenie. Wciąż szukałam nowych pomysłów i któregoś dnia, moja fryzjerka zapytała mnie czy nie podjęłabym się renowacji starej komody. Bez zastanowienia zgodziłam się. Prosiła, abym wykonała ją w technice shabby chic (przecierki). Spodobało mi się to i zafascynowałam się tym, jednak aby móc to wykonywać na większą skalę potrzebowałam się doszkolić. I tu zaczęły się schody. Okazało się, że nie jestem w stanie tych umiejętności przyswoić sama. Nie wszystko jest w Internecie. Każdy rzemieślnik strzeże swojego warsztatu i nie chce ujawniać wszystkiego. A ja byłam bez pracy i bez pieniędzy…
 Jednak zrobiła Pani ten kurs. Jak się udało?
Udało się to tylko dzięki wsparciu i zaangażowaniu pracowników biura pracy. Dostałam się na kurs do renomowanego warsztatu stolarskiego w Krakowie, który prowadził światowej sławy odtwórca mebli barokowych. Przez dwa miesiące trwania tego kursu przeżyłam największą przygodę mojego życia. Ludzie, którzy zwykle brali udział w takich kursach  byli po ukończeniu studiów z architektury czy po akademii sztuk pięknych a ja byłam zwykłym oszołomem po ekonomiku. Na dodatek byłam dwa razy starsza od kolegi, który razem ze mną wtedy się szkolił. Miałam 49 lat i ogromny głód wiedzy. Byłam zdeterminowana. To jest fantastyczne uczucie, kiedy wreszcie robisz to, co lubisz. Kiedy dobrze się czujesz z tym, co robisz a ludziom podoba się twoja praca. Człowiek rodzi się na nowo. To jest naprawdę bardzo ważne.
Pani Anido, zaczęła Pani tworzyć z wewnętrznej potrzeby i klienci po trochu sami przychodzili. Czy Pani zdaniem to może być pomysł na to, aby przełożyć pasję na pracę? A może najpierw poszukać klientów a potem wystartować?
Jeżeli chodzi o tego typu działalność to najpierw trzeba działać i coś stworzyć żeby zaistnieć. Należy pokazać ludziom, że cos takiego jest i wtedy dopiero zastanawiać się do jakiej grupy klientów dotrzeć. Trzeba również zwracać uwagę na to, jakie są aktualnie trendy i co jest modne. Niestety większość potencjalnych klientów właśnie tym się sugeruje. Dlatego aby sprzedać nasze wyroby siłą rzeczy „musimy być na czasie”. Druga i bezpieczniejsza opcja to bycie klasykiem, bo albo moda, albo coś klasycznego co jest ponadczasowe.
 Skąd bierze Pani pomysły i w jaki sposób zdobywa Pani zlecenia?
Staram się podążać za potrzebami rynku ale najważniejsze dla mnie jest to, aby to co będę wykonywać sprawiało mi przyjemność i było moją pasją. Od jakiegoś czasu ostatni mój „świr” to pisanie ikon. To rodzaj wschodniej sztuki sakralnej,  który obecnie zdobywa coraz większe zainteresowanie również na zachodzie, ponieważ ludzie potrzebują tego rodzaju wizualizacji. Bóg jest odległy, niepojęty, dlatego nie pisze się ikon Boga. Tworzy się ikonę Chrystusa, Matki Bożej, świętych a posiadanie takiej ikony sprawia, że modlitwa staje się łatwiejsza.
Pisaniem ikon zajęłam się zupełnie przypadkowo. Gdy wynajmowałam lokal na Podwalu, tuż obok niego znajdował się sklep z dewocjonaliami. Bardzo często ludzie, którzy tam przychodzili pytali o ikony i pewnego dnia właściciel sklepu zaproponował mi zrobienie takiej ikony. Podjęłam wyzwanie i aktualnie robieniem ikon zajmuje się najczęściej. I tak właśnie działam. Ktoś mi rzuci pomysł i albo go poczuje albo nie. Najczęściej jednak podążam za tym, czego rynek ode mnie potrzebuje. Bardzo często przychodzą do mnie ludzie i pytają czy nie zrobiłabym konkretnej rzeczy. Jeżeli czegoś nie umiem a chce się podjąć wykonania, to staram się jak najszybciej doszkolić. To daje mi potem  ogromną satysfakcję, że nauczyłam się wszystkiego sama.
Ikona wyk. Anida Płaza
Co będzie następne? Czy myśli Pani już nad jakąś kolejną, nową techniką? W jakim kierunku będzie się Pani rozwijać?
Gdy byłam w Krakowie na kursie renowacji mebli, mistrz który nas uczył  zaszczepił mnie pozłotnictwem. To bardzo pracochłonna technika, która polega na pokrywaniu powierzchni cieniutkimi płatkami złota. Bardzo mi się to spodobało i w przyszłości to właśnie w tym kierunku chciałabym się rozwijać.
Gdy umawiałyśmy się na dzisiejsze spotkanie, wspomniała Pani, że artyści lubią długo spać 🙂. Czy czuje się Pani artystką?
Możliwe, że jestem artystką (śmiech). Gdy wykonuję prace na zamówienie, to na pewno jestem rzemieślnikiem. Wtedy robię coś w sposób, w jaki chce klient. Zdarza się, że wykonuje rzeczy, które nie do końca mi się podobają i nie dają możliwości wydobycia z siebie „artyzmu”. Są też rzeczy, w które wkładam serce i wtedy  jest to twórczość artystyczna. Artysta ma za zadanie stworzyć coś fajnego, co trafi do czyjegoś serca, duszy.
Jaki to jest stan gdy się tworzy?
Fantastyczny! Po prostu nie ma mnie a jest deska, jest farba i jest pędzel. I tyle. Mnie nie ma, świata nie ma. Niestety łatwo jest wtedy stracić poczucie czasu, dlatego aby nie zapomnieć o tym, co mam zrobić gdy nie tworzę, nastawiam minutnik. Nawet żeby pamiętać o tym, aby nakarmić psa!
Kto Panią inspiruję?
Jeżeli chodzi o świat artystyczny to jestem bardzo zafascynowana Pablo Picasso. Picasso też zajmował się techniką decoupage o czym z resztą mało kto wie! Ogromnie inspiruje mnie również Zdzisław Beksiński. Przed jego obrazami mogę stać godzinami. Wśród osób, które podziwiam jest również Salvador Dali, którego obrazy są naprawdę magiczne! Im dłużej się w nie wpatruję tym więcej detali dostrzegam. To ich twórczość jest dla mnie najbardziej inspirująca. Jeżeli chodzi natomiast o takie codzienne życie, to tu bardzo inspirują mnie Maria Czubaszek i Beata Pawlikowska.
Jakie są Pani największe sukcesy w swojej twórczości artystycznej?
Myślę, że do największych sukcesów mogę zaliczyć  zaproszenia do poprowadzenia warsztatów rękodzielniczych. Bardzo miło wspominam Nocne Teatralia  – to była dla mnie ogromna przygoda, która zwieńczona została pięknym wernisażem prac wszystkich uczestników. Sama również prowadzę cykliczne warsztaty rękodzielnicze dla kobiet.Dla artysty takiego jak ja, największym sukcesem jest to, gdy przychodzą ludzie i mówią „ach jakie to piękne”. I to w skrócie o to chodzi. Wtedy jestem usatysfakcjonowana, dumna i dowartościowana. Nie jest ważne, że zarobię na tym parę złotych ale to wzbudzenie zachwytu w oczach innych jest dla mnie już wystarczającą nagrodą za moją pracę.
Bywają jakieś trudne momenty?
W zasadzie to nie mogę wyszczególnić takich momentów, bo raczej ich nie miewam. Staram się  unikać klientów, którzy grymaszą lub chcą aby wykonać im coś, co w mojej ocenie jest niemożliwe do zrobienia. Czasami też zdarza się, że ktoś zamówi sobie kilka lub kilkanaście takich samych rzeczy i ma pretensje, że ostatecznie są między nimi drobne różnice. To jest sztuka. Ja nie potrafię czegoś robić taśmowo. To niestety nie jest sklep, do którego  przychodzi się i wybiera z półki. Wszystko co wykonuję jest pojedyncze i unikalne. Bywa też tak, że ktoś coś zamówi a potem nie odbiera i to jest przykre. Zawsze jednak, gdy zdarzają mi się trudne sytuacje z klientami, to staram się je rozwiązywać od razu. Nie zniechęcam się i idę do przodu bogatsza o kolejne doświadczenie.
Bierze Pani zaliczki?
Nie. Moje motto życiowe to: Nie pracuje się za zjedzony chleb . Zdarzyło mi się, że klient uparł się przy zostawieniu zaliczki aby mieć poczucie pewności, ale wtedy wyjątkowo źle mi się pracuje. Człowiek musi się czymś kierować w życiu.  Jedni mnie postrzegają jako dziwaka a inni z kolei podziwiają. Staram się nie słuchać tego,  co mówią o mnie ludzie bo ludzi jest dużo i każdy mówi co innego. 
Pani Anido,  a jak Pani odpoczywa?
Aby móc naprawdę odpocząć muszę wyłączyć przysłowiowy „guzik”, który przełącza mnie ze świata sztuki do życia codziennego. W wolnych chwilach ćwiczę jogę i często chodzę na spacery. Lubię słuchać szumu rzeki. Fascynuje mnie filozofia,  którą pochłaniam tonami. Immanuel Kant jest moim ulubionym filozofem.
Pani Anido, dziękuję za miłą rozmowę i życzę dalszych sukcesów oraz ciekawych wyzwań artystycznych.
Również dziękuje.

Wspólne zdjęcie – pamiątka z niezwykle ciekawej rozmowy 🙂

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wszystko dzieje się w swoim czasie. Wywiad z Lidią Sachą – dyplomowaną terapeutką techniki Bowena.

  Lidia Sacha - dyplomowana terapeutka techniki Bowena, która prowadzi swoją praktykę w Rzeszowie. Zagorzała zwolenniczka naturalnych metod leczenia i zdrowego odżywiania.   W wieku 49 lat obróciła swoje życie do góry nogami, by podążać za swoją pasją. W wywiadzie opowiada, jak tego dokonała. Zapraszam!  Lidka, jak rozpoczęła się twoja przygoda z techniką Bowena? Właściwie doprowadziła do tego seria zbiegów okoliczności. Wcześniej pracowałam jako pracownik administracyjny na wyższej uczelni, gdzie zajmowałam się projektami unijnymi oraz organizacją zajęć dla studentów. Jednak gdy uczelnia zaczęła podupadać, a w pracy zostało mi tylko przygotowywanie dokumentacji do projektów badawczych wiedziałam, że muszę się rozejrzeć za inną pracą. W międzyczasie pracowałam jeszcze w stowarzyszeniu, jednak brakowało mi kontaktu z ludźmi. Niestety w tamtym czasie nie miałam żadnego pomysłu na swoją dalszą karierę zawodową. Dlatego, gdy koleżanka zaproponowała mi pracę w fundacji z projektu unijneg

Z WIZYTĄ W LAVARE DESTYLARNIA LAWENDY – FOTORELACJA

Gdy jesienią ubiegłego roku dowiedziałam się że niedaleko Rzeszowa znajduje się plantacja lawendy, wiedziałam że muszę tam pojechać. Od razu skontaktowałam się z właścicielką i upewniwszy się, że odnajdę tam prawdziwą pasję, bez wahania zaproponowałam wywiad. Anna Rząsa, która od kilku lat prowadzi  Lavare Destylarnia Lawendy  z radością zgodziła się opowiedzieć mi historię powstania swojej firmy. Wspólnie jednak doszłyśmy do wniosku, że wywiad musimy odłożyć w czasie by poczekać aż lawenda zakwitnie. Czekałam więc wiele miesięcy, ale było warto! Ania wraz z rodziną ugościła mnie wspaniale. Nasz wywiad przeprowadzałyśmy zbierając lawendę, która następnie została poddana destylacji. Zanim na stronie pojawi się zapis naszej rozmowy, chciałabym podzielić się z Wami krótką fotorelacją którą zamieszczam poniżej. To właśnie za tymi drzwiami znajduje się destylarnia - królestwo Ani. Miejsce w którym materializują się marzenia, ale nie tylko... Zanim wyruszyłyśmy n

Wierze, że mi się uda. Anna Rząsa opowiada jak powstała jej plantacja lawendy i destylarnia Lavare.

Kim jest Anna Rząsa i jakie marzenie spełnia tu, w Kamieniu gdzie nie słychać gwaru miasta a w powietrzu unosi się zapach kwiatów? Od zawsze ciągnęło mnie do ziemi i pewnie dlatego wybierając studia padło na Archeologię. Ziemia rodzi skarby 😊 , które dopiero po latach odkryłam. Etatową archeolożką jednak nie zostałam, bo życie skierowało mnie na inne tory i na trzecim roku studiów skorzystałam z możliwości pracy w banku i tak przez 11 lat byłam panią z banku. Nie żałuję, bo tam wiele się nauczyłam i otworzyłam na ludzi oraz zrozumiałam, że jeśli się czegoś bardzo chce to każdy jest w stanie wszystkiego się nauczyć a wykształcenie nie przesądza o jego życiu. Zdążyłam się też zakochać, wyjść za mąż, przeprowadzić się na wieś do rodzinnego domu i urodzić trójkę dzieci. Ale to nie było to… Skąd w takim razie wziął się pomysł na to, aby posadę pracownika banku zamienić na właściciela destylarni Lavare oraz plantatorkę lawendy? To pączkowało przez kilka lat. Gdy po urodz

Ciesz się tym co robisz a reszta przyjdzie sama. Wywiad z Derekiem Michalskim – fotografem pełnym pasji.

  Derek Michalski – fotograf, poeta, trochę gitarzysta, zdecydowany przyjaciel energii odnawialnej. Redaktor naczelny i założyciel czasopisma LEMAG - Long Exposure Photography Magazine a wkrótce także Infrared Photography Magazine oraz redaktor naczelny The Voice of Renewables – portalu internetowego poświęconego energii odnawialnej na całym świecie, który organizuje konferencje i wystawy w tej branży.   Derka oraz jego żonę Mariolę miałam okazję poznać podczas mojej krótkiej wizyty w Wielkiej Brytani kilka miesięcy temu. Obydwoje mieszkają tam już od wielu lat. Dzięki ich niezwykłej uprzejmości mogłam towarzyszyć im w trakcie kilku plenerów fotograficznych oraz podglądać Dereka przy pracy. Przyznam, że każdy plener to było dla mnie niesamowite przeżycie pełne niespodziewanych zwrotów akcji w poszukiwaniu "tego właściwego" ujęcia. Nigdy też nie spotkałam osoby, której pasja wprost powaliła mnie na łopatki. Z ogromną przyjemnością przedstawiam wam Dereka, który jest niezwykl

PO PROSTU WŁOSKI! WYWIAD Z PAULINĄ, KTÓRA Z PRAWDZIWĄ PASJĄ UCZY JĘZYKA WŁOSKIEGO

Paulina  w tym roku ukończyła studia informatyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim  uzyskując tytuł magistra ze specjalności Modelowanie, Sterowanie i Sztuczna Inteligencja. W trakcie studiów zdobyła również dyplom z bioinformatyki. Od kilku miesięcy prowadzi własną firmę w której m. in. realizuje różne projekty informatyczne. Choć zna pięć języków, to jej prawdziwą pasją jest język włoski. Właśnie dlatego postanowiła udzielać korepetycji z  języka włoskiego i stworzyła bloga  poprostuwloski.pl .   Ambitna, uśmiechnięta, pełna zapału i optymizmu – takie wrażenie zrobiła na mnie Paulina w trakcie rozmowy, która odbyła się w jednej z krakowskich kawiarni.  Paulina, jak to się stało, że studentka informatyki zaczęła uczyć języka włoskiego? Zanim zaczęłam studia informatyczne w Polsce, przez jedenaście lat mieszkałam we Włoszech. Wyjechałam tam będąc 9-cio letnim dzieckiem. Tam również ukończyłam szkołę podstawową i średnią więc można powiedzieć, że jestem prawie Włoszką :). Nau

JESTEM ARTYSTĄ I WIEM, ŻE MAM TALENT. WYWIAD Z PIOTREM BORUTĄ – AKTOREM, BRZUCHOMÓWCĄ I KOMIKIEM.

Piotr Boruta    to wszechstronny aktor, brzuchomówca, klown, muzyk i komik. Finalista telewizyjnego show „Mam Talent” w którym wystąpił razem ze stworzoną przez siebie lalką o imieniu Czocher. Jako aktor na swoim koncie ma epizody w takich serialach jak  „Klan”, „M jak Miłość” czy „Na Dobre i na złe” .  Poza tym, ponad trzy dekady na scenie, miliony uśmiechów i setki przedstawień.  Piotr Boruta  to niewątpliwie wyjątkowa osobowość – pełna pasji, empatii i talentu . Poznajcie prawdziwego artystę. Panie Piotrze, od wielu lat występuje Pan na scenach całej Polski jako aktor, mim, klown, brzuchomówca… Które z tych zajęć jest Panu najbliższe i co tak naprawdę jest Pana pasją? Zdecydowanie aktorstwo i teatr. To właśnie aktorstwo otwiera mi drogę do realizacji wszystkich moich pasji. Z niego czerpię najbardziej. Jak zostaje się aktorem? Czy do bycia aktorem potrzebne są jakieś specjalne predyspozycje? Wielu osobom wydaje się, że potrzeba do tego ogromnej śmiało

CHCĘ ODCZAROWAĆ POEZJĘ. DEBIUTUJĄCA POETKA MAŁGORZATA SZEPELAK OPOWIADA JAK POWSTAŁ JEJ TOMIK „KUFER CEDRU PEŁEN”

Małgorzata Szepelak  – poetka, wielbicielka książek i przyrody. Kocha podróże i koty. Jak sama mawia, w życiu wiele rzeczy ją fascynuje – zapach, jaki unosi się w teatrze, festiwale literackie i filmowe oraz wschody i zachody słońca. Uwielbia  słuchać ludzi, którzy mają COŚ do powiedzenia i potrafią dzielić się swoją wiedzą oraz pasją. Ten wywiad jest dla mnie wyjątkowy, bo wyjątkowy jest również mój gość. Razem z Małgorzatą studiowałyśmy dziennikarstwo i do dziś się przyjaźnimy. To dzięki niej odkryłam piękno Bieszczad, to właśnie ona zabrała mnie targi książki, gdzie zdobywałam swoje pierwsze autografy i to tylko dzięki niej stawiałam pierwsze kroki na nartach, choć nigdy nie wierzyłam, że dam radę. Wiele jej zawdzięczam. To ogromy zaszczyt, że mnie jako pierwszej udzieliła wywiadu. Poznajcie kobietę pełną pasji i debiutującą poetkę –   Małgorzatę Szepelak. Gosia, znamy się wiele lat i wiem, że słowo pisane jest w twoim życiu od dawna.  Potrafisz sobie przypomnieć nar

WIEM, ŻE TO JEST TO! WYWIAD Z VARIAVARIA KONICZYNKA – MAGDALENĄ RZEŹNICZEK-CZAPNIK

Magdalena Rzeźniczek-Czapnik  z wykształcenia jest socjologiem i ceramikiem artystycznym a także arteterapeutą. Stworzyła markę  VaraVaria Koniczynka , dzięki której na rynku pojawiała się unikalna biżuteria, która nie tylko zdobi, ale również pełni wyjątkową misję. Z sukcesami  działa również w obszarach związanych z rozwojem osobistym.  Magda, czy łatwo jest zaleźć czterolistną koniczynkę?  To zależy od tego, jak na to spojrzeć. Czterolistne koniczynki zbieram od dziecka, więc trudno jest mi to ocenić, choć wiele osób na pewno uważa, że jest to bardzo trudne. Ja mam w sobie taki odruch szukania koniczynek. Moi znajomi śmieją się, że ciągle jestem w pracy. Bywają dni, że nie znajdę ani jednej koniczynki ale bywają też takie, w których znajdę nawet siedem. Swoich koniczynek szukam wszędzie i wtedy, kiedy tylko mam okazję np. idąc na zakupy, wracając z pracy czy będąc w podróży. Nieważne czy jest to Gruzja, Szwajcaria,Turcja czy Albania. Koniczynki rosną wszędzie – oprócz

PASJA TO ENERGIA, KTÓRA NAPĘDZA MNIE DO DZIAŁANIA. WYWIAD Z IGĄ PRZYBYŚ – FIZJOTERAPEUTKĄ KONI

Iga Przybyś  – Mgr inż. Zootechnik i behawiorysta zwierząt. Od 2008 r. zajmuje się profesjonalną fizjoterapią koni. Posiada Certyfikat MEN Zoofizjoterapeuta Koni a także Certyfikat Diagnostyki Termowizyjnej. Jest również wykwalifikowanym masażystą koni, hipoterapeutą oraz instruktorem jazdy konnej. Od 2015 r. wspólnie z mężem, Bartłomiejem, który jest utytułowanym jeźdźcem oraz instruktorem jazy konnej prowadzą rodzinną firmę pod nazwą  „Przybyś Team” .   , Z Igą spotykam się w stadninie  Stajenka Leśne Szlaki w Straszydlu,  gdzie prowadzi rehabilitację koni. Tam również ma swoją siedzibę „Przybyś Team”. Igę podglądam przy pracy. Ma fantastyczny kontakt ze zwierzętami a uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Jest osobą, po której od razu widać, że kocha to co robi.  IGA, CO JEST TWOJĄ PASJĄ? Moją pasją są konie – Praca i obcowanie z nimi. To wspaniałe i piękne zwierzęta. Niezwykle mądre i wrażliwe. SKĄD WZIĘŁO SIĘ ZAINTERESOWANIE KOŃMI I OD KIEDY TRWA? Generalnie, hopla

TANGO ARGENTYŃSKIE – WSPÓLNA PASJA POMYSŁEM NA CIEKAWE ŻYCIE

Swoją pasją wciąż zarażają nowych adeptów tanga. Co tydzień organizują milongi i prowadzą cykliczny kurs podstaw tanga argentyńskiego. To właśnie dzięki nim w Rzeszowie mogą odbywać się liczne warsztaty, na których wiedzę o nauce tanga  można czerpać od mistrzów z całego świata. Poznajcie Anię i Sławka Sulenckich, którzy już od czterech lat każdą wolną chwilę spędzają tańcząc tango argentyńskie. Ania i Sławek Sulenccy Fot. Katarzyna Michno Adelto.pl Z Anią i Sławkiem spotykam się w hotelu  Fal c on , gdzie w każdy poniedziałkowy wieczór organizowana jest rzeszowska milonga, na której można zatańczyć prawdziwe Tango Argentyńskie. Oboje ubrani w wieczorowe stroje, oczekując na pierwsze tangowe rytmy wieczoru opowiedzieli mi o swojej pasji. Od czego zaczęła się Wasza przygoda z tangiem?   Sławek : Nasza przygoda z tangiem tak naprawdę zaczęła się już na studiach, gdy razem zapisaliśmy się na warsztaty z tanga argentyńskiego. Niestety, z  braku wystarczającej ilości chętny