Przejdź do głównej zawartości

JESTEM ARTYSTĄ I WIEM, ŻE MAM TALENT. WYWIAD Z PIOTREM BORUTĄ – AKTOREM, BRZUCHOMÓWCĄ I KOMIKIEM.




Piotr Boruta  to wszechstronny aktor, brzuchomówca, klown, muzyk i komik. Finalista telewizyjnego show „Mam Talent” w którym wystąpił razem ze stworzoną przez siebie lalką o imieniu Czocher. Jako aktor na swoim koncie ma epizody w takich serialach jak „Klan”, „M jak Miłość” czy „Na Dobre i na złe”Poza tym, ponad trzy dekady na scenie, miliony uśmiechów i setki przedstawień. Piotr Boruta to niewątpliwie wyjątkowa osobowość – pełna pasji, empatii i talentu.

Poznajcie prawdziwego artystę.
Panie Piotrze, od wielu lat występuje Pan na scenach całej Polski jako aktor, mim, klown, brzuchomówca… Które z tych zajęć jest Panu najbliższe i co tak naprawdę jest Pana pasją?
Zdecydowanie aktorstwo i teatr. To właśnie aktorstwo otwiera mi drogę do realizacji wszystkich moich pasji. Z niego czerpię najbardziej.
Jak zostaje się aktorem? Czy do bycia aktorem potrzebne są jakieś specjalne predyspozycje?
Wielu osobom wydaje się, że potrzeba do tego ogromnej śmiałości.
Tymczasem ja byłem bardzo nieśmiały. Moja przygoda z aktorstwem
zaczęła się… w technikum o specjalizacji monter urządzeń elektronicznych. Działało tam kółko teatralne, które od początku wzbudzało moją ciekawość. Jednak nieśmiałość nie pozwalał mi uczestniczyć w jego zajęciach. W pierwszej klasie stchórzyłem, jednak w kolejnym roku, zachęcony przez kolegów i nauczycieli postanowiłem spróbować. I okazało się, że nauka tekstów, występowanie na scenie przychodzi mi z wielką łatwością, co było bardzo przyjemne. To właśnie tam zaczął się przejawiać mój talent aktorski, który jako pierwsza dostrzegła nauczycielka języka polskiego. I ten talent starała się we mnie rozwijać aż do ukończenia szkoły średniej. Namawiała mnie również abym zdawał do szkoły aktorskiej, ale znów zwyciężyła nieśmiałość. Bałem się porażki i odrzucania oraz związanych z tym emocji. Jednak uczestnictwo w kółku teatralnym sprawiło, że pokochałem scenę i zrozumiałem, że powinna być częścią mojego życia.
Jaką w takim razie wybrał Pan drogę to tego, aby  zostać aktorem i uczynić scenę miejscem, gdzie realizuje Pan swoją pasję?
Wkrótce  po ukończeniu szkoły średniej spotkałem znajomego, od którego dowiedziałem się, że w teatrze „Guliwer” przyjmowani są adepci aktorstwa. Zgłosiłem się tam na przesłuchanie i zostałem przyjęty, co zdecydowanie podbudowało moje poczucie wartości i utwierdziło w przekonaniu, że  mam talent. Pracowałem w „Guliwerze” jako adept, a po dwóch latach zdałem egzamin eksternistyczny w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej (wydział lalkarski) w Białymstoku, nabywając w ten sposób prawo do wykonywania zawodu aktora-lalkarza. Następnie przez wiele kolejnych lat grałem w warszawskich teatrach lalkowych m.in. „Lalce” czy właśnie „Guliwerze”. Tak zaczęła się moja droga zawodowa, którą wciąż kroczę.
Oglądając Pana na scenie widzimy osobą, która ma niesamowity kontakt z publicznością. Czy nieśmiałość już całkiem zniknęła?
Gdy wychodzę na scenę wiem, że muszę wykrzesać z siebie cała pewność
siebie, by grać, by na twarzach pojawiły się uśmiechy. To właśnie scena i
moi widzowie dają mi tę siłę, energię i odwagę. Nie mogę jednak powiedzieć, że nieśmiałość i trema całkowicie zniknęły. Po prostu nauczyłem się nad nimi panować.

Piotr Boruta i Czocher - archiwum prywatne 

Czy zawsze udaje się Panu rozbawić publiczność? Na ile Pana skecze są reżyserowana a na ile jest to improwizacja?
Zazwyczaj udaje mi się publiczność rozbawić. Ale to, czy skecz wyjdzie czy nie zależy w dużej mierze od tego, na kogo się trafi. Jeżeli na osoby otwarte i spontaniczne, to wszystko zazwyczaj jest OK. Czasami jednak trafia się na przysłowiową „ścianę”, a wtedy może wyjść tak zwany „żart nieśmieszny” czyli taki, który śmieszy tylko aktora. Na szczęście takie sytuacje zdarzają się niezwykle rzadko. Gwarantuję uśmiech, bo pracuję na scenie od wielu lat i mam duże doświadczenie w tym co robię. Korzystam z wielu technik, które staram się dostosowywać do sytuacji i potrzeb chwili. Jeżeli na przykład nie rozbawię kogoś jako brzuchomówca to na pewno zrobię to jako clown czy mim. Zawsze mam też przygotowany scenariusz scenki, skeczu czy zabawy albo przynajmniej ich obszerny zarys. Czasem jednak muszę improwizować. Moją publicznością często są dzieci. I w ich przypadku żaden scenariusz nie jest pewny.

Jaki jest największy Pana sukces w życiu zawodowym?
Zawsze powtarzam, że jest nim uśmiech, który widzę na twarzach widzów. Z tych uśmiechów jestem ogromnie dumny i stanowią one sens mojej pracy. Jeżeli natomiast chodzi o bardziej mierzalne osiągnięcia, to na pewno największym sukcesem zawodowym był występ w telewizyjnym show „Mam Talent”, gdzie wystąpiłem jako brzuchomówca w duecie z Czocherem – lalką którą stworzyłem. Udział w tym programie dał mi ogromne poczucie spełnienia i satysfakcję, a także znacznie poszerzył krąg odbiorców. Występ w telewizyjnym show o tak dużej oglądalności sprawił też, że dosyć szybko stałem się rozpoznawalny.
Autor: TVN/Mirosław SosnowskiMam Talent 10 odc 6 https://www.tvn.pl/programy/mam-talent,19,pc/aktualnosci,3607/piotr-boruta-i-czocher-wrocili-na-scene-mam-talent-niesamowity-duet-oficjalna-strona-stacji-tvn,267362,n.html
Oprócz występu w „Mam Talent” jest jeszcze jedno miłe zdarzenie, które poczytuję sobie jako sukces. Kilka lat temu zostałem zaproszony na charytatywną galę. Zanim wystąpiłem, obserwowałem występy innych uczestników. Jednym z nich była mała dziewczynka, która miała przygotowaną piosenkę. W trakcie śpiewania zapominała słów, zacięła się i zestresowana zeszła ze sceny – przed czasem. Znałem to uczucie. Wiedziałem, że na pewno długo się przygotowywała, że może to być dla niej traumatyczne przeżycie. Dlatego, gdy przyszła moja kolej, postanowiłem zaprosić dziewczynkę na scenę ponownie, zachęcając by dokończyła występ. Tym razem zaśpiewała całą piosenkę. A ja byłem z siebie, z tego co się stało bardzo dumny. Do dziś bardzo miło to wspominam.
Czy Czocher, z którym wystąpił Pan w Mam Talent powstał z potrzeby chwili czy z potrzeby rynku?
Zarówno z potrzeby rynku jak i potrzeby chwili. Odkąd pamiętam chciałem zrobić coś takiego, co byłoby spektakularne – i lepiej się sprzedawało. Wielokrotnie przymierzałem się do brzuchomówstwa, ale długo nie miałem pomysłu na odpowiednią lalkę. Nie podobały mi się lalki znane z amerykańskich programów, które przeważnie miały wielkie oczy i ruchomą, opadającą wargę – nie chciałem się na nich wzorować. W głowie miałem pewną wizję i czekałem na moment, w którym bardziej się ona wyklaruje. Stało się tak, gdy trafiłem na odpowiedni materiał. On mi podpowiedział resztę. Zrobiłem szkic i szukałem kogoś, kto będzie mógł wykonać lalkę według mojego projektu. Z pomocą przyszła znajoma, która podjęła się uszycia Czochera. Potem tylko trzeba było pokazać go światu. W tamtym czasie współpracowałem z fundacją, która opiekowała się chorymi dziećmi. Razem z Czocherem zacząłem odwiedzać je w szpitalach, by swoimi występami choć trochę umilić im czas. Gadająca małpka od razu zdobyła serca szpitalnej widowni: Czocher zaliczył bardzo udany debiut.
Piotr Boruta z Czocherem – Fragment spektaklu „Gdzie jest moja bajka?” W wykonaniu Agencji Artystycznej Din-Don, w składzie Piotr Boruta, Dariusz Dziewięcki.
Materiał dostępny w serwisie Youtube
W duecie z Czocherem występuje Pan jako brzuchomówca. Czy brzuchomówstwo to trudna sztuka?
W brzuchomówstwie największą trudnością jest stworzenie duetu, który się uzupełnia. Jedna z postaci-lalka musi na tyle absorbować uwagę widowni by odwrócić uwagę od aktora-brzuchomówcy. Takie duety najlepiej buduje się na zasadzie przeciwieństw, korzystając ze starych schematów teatralnych czy filmowych. A więc: gruby-chudy, mądry-głupi czy wysoki-niski. Nasz duet bazuje na tym, że ja jestem taki trochę elegancki, dystyngowany i grzeczny, a Czocher jest bezpośredni i zwykle
nazywa rzeczy po imieniu. Na tym właśnie polega nasze przeciwieństwo i różnorodność. To jest baza, na której powstają wszystkie nasze żarty i konflikty. Jeżeli chodzi natomiast o techniczne aspekty brzuchomówstwa, to jest to technika której jak każdej innej można się nauczyć i wyćwiczyć. Jednak należy pamiętać, że aby móc ją z sukcesem stosować należy mieć pewne predyspozycje i obycie sceniczne.
Czocher szybko stał się sławny. Ma swój Fan Page, swoją widownie… Można by powiedzieć, że przyćmił trochę Piotra Borutę. Nie jest Pan trochę o niego zazdrosny?
Szczerze? Tak. Jestem trochę zazdrosny. Kiedyś nawet usłyszałem takie serio-stwierdzenie, że z Czocherem to można się bez problemu dogadać, a ze mną niestety nie. Jest to więc zazdrość o to, że nie potrafię być w życiu taki jak on. Jednak z drugiej strony jestem bardzo dumny, że stworzyłem taką wyrazistą postać, która niejako żyje swoim życiem.
Czy zdarzyło się, że pomimo starań nie udało się Panu rozweselić jakieś publiczności? Jeżeli tak, to jak poradził sobie Pan z taką sytuacją?
Pamiętam szczególnie jedną taką porażkę. Występując korzystałem z programu, nad którym pracowałem przez lata i śmiało mogę powiedzieć, że jest sprawdzony. Ma on w sobie wiele modułów, które zawierają różne techniki, elementy zaskoczenia, kontynuacji itp. Pewnego razu z tym właśnie programem występowałem w przedszkolu, gdzie nie miałem żadnego nagłośnienia i ogólnie były trudne warunki. Dzieci mnóstwo, nikt nad nimi nie panował. Panie przedszkolanki, które obserwowały mnie z boku wyraźnie dawały mimiką do zrozumienia, że mój występ nie przypadł im do gustu i nie mają zamiaru uciszać dzieci. Ja mimo wszystko kontynuowałem występ, bo nawet w takich trudnych momentach trzeba trzymać emocje na wodzy, być profesjonalistą. Doprowadziłem spektakl do końca i myślałem o sobie „Piotrek-zawodowiec”. Podchodzi do mnie jednak jedna z pań i mówi tak: – „Wie pan co, to było beznadziejne!” – No, mocno – pomyślałem, ale odezwał się we mnie duch przekory i postanowiłem podrożyć temat. – „A co dokładnie się pani nie podobało?” – zapytałem, dodając, że jej odpowiedź pomoże mi w przyszłości poprawić błędy. Ale ta, zacietrzewiona, wypaliła: – „Wszystko proszę pana, wszystko!” Muszę przyznać – zabolało. Smutek jednak nie trwał długo, bo następnego dnia odegrałem ten sam program w innym przedszkolu… I mój spektakl wszystkim się podobał, zarówno paniom, jak i dzieciom. To kolejny przykład na to, że różnym ludziom podobają się różne rzeczy i dlatego nie należy się szybko poddawać. Morał jest też taki, że kiedy kogoś krytykujemy, róbmy to merytorycznie – z szacunku do siebie i do drugiej osoby.
 Na jakiego typu imprezach Pan występuje i dla jakiej publiczności?
Często występuję w szkołach, gdzie moją publicznością są nieco starsze dzieci, ale zdarzają się również wesela, urodziny, imprezy firmowe i medialne czy różnego rodzaju rocznice. Tam moją publicznością w większości są dorośli.




Piotr Boruta – życie na scenie i poza sceną (archiwum prywatne)

Jak wygląda konkurencja w tym fachu i w jaki sposób zdobywa Pan klientów?
Dziś konkurencja jest bardzo duża, ale też rynek jest potężny. Bardzo dużo klientów mam z tak zwanego „polecenia”, ale na wielu większych imprezach mogę wystąpić dzięki współpracy z agencjami takimi jak Agencja Artystyczna „Mimello – artyści do usług”  oraz agencją „Art Show” prowadzoną przez Magdalenę Kaźmierczak-Burchardt.
Gdzie Pan szuka inspiracji i w jaki sposób regeneruje się Pan po występach?
Bardzo inspiruje mnie czytanie i wiedza, która dzięki temu zdobywam. W wolnych chwilach lubię też żonglować. Wiadomo, że mając kilkadziesiąt lat już nie zostanie się mistrzem, ale wg. badań naukowych nauka żonglowania pozytywnie wpływa na mózg i zapobiega demencji. Ucząc się nowych trików neurony zaczynają się regenerować a nasz umysł staje się sprawniejszy. Brzmi to jak “abrakadabra” ale jest potwierdzone badaniami.
101 zastosowań pałek do żonglowania – materiał z serwisu Youtube
Jakie są  największe plusy życia ze swojej pasji? Życia zgodnie z tym co lubi się robić i do czego ma się naturalne predyspozycje?
Chiński myśliciel Konfucjusz głosił, że jeżeli człowiek będzie robił to co lubi, to nie przepracuje ani jednego dnia w swoim życiu. I potwierdzam, to się zgadza. Jeżeli wykonuje się swój zawód z pasja i radością, to nie jest to żaden wysiłek. Dla mnie dodatkową frajdą i taką wartością dodaną jest uśmiech publiczności. Czasami w sezonie, gdy tych występów jest sporo,gdy jest zmęczenie, to ten uśmiech jest taką dodatkową zapłatą, nagrodą, daje uczucie spełnienia. Człowiek wie, że to co robi ma sens.
A czy życie z pasją według Pana ma jakieś minusy?
Wszystko ma swoje plusy i minusy. Największym minusem mojego życia pasją jest nieustanne zmaganie się z ekonomią. Ciężko być równocześnie i artystą i przedsiębiorcą. Gdy nie ma się biznesowej żyłki, to czasami sprawy wymykają się spod kontroli. Bez sensownego „biznes planu” można się zagubić w gąszczu codziennego życia. Aby się w tej branży utrzymać trzeba nieustannie wykazywać się kreatywnością, zaskakiwać wciąż nowymi pomysłami i być gotowym na udział w tym „wyścigu”. Ta presja rywalizacji jest najtrudniejsza i pragnąc być artystą scenicznym trzeba sobie z tego zdawać sprawę. Czasami jest kilkadziesiąt zgłoszeń na jedną imprezę i trudno się przez ten gąszcz ze swoją ofertą przebić. Dlatego coraz częściej bywają dni bez zleceń, bez pracy. Niestety zdarzają się wtedy takie momenty, że zastanawiam się, czy nie pójść na kasę do Biedronki, by ze spokojną głową dotrwać do emerytury. Albo wracam wspomnieniami do czasów, gdy praca w teatrze dawała mi tak pożądane poczucie stabilizacji. To był mój „gwiezdny czas”. Teatr był moim domem, w którym czułem się jak u Pana Boga za piecem. Ćwiczyłem różne techniki aktorskie, interesowałem się metodą Grotowskiego, tańcem Butoh, jeździłem na warsztaty do Gardzienic, czy suwalskiego Teatru Pogranicza, Węgajty. Inna rzecz, że dziś świat poszedł w zupełnie innym kierunku, a efekty tamtych poszukiwań stały się tak archaiczne, że mogą zainteresować jedynie archeologów.
Inna rzecz, że dziś świat poszedł w zupełnie innym kierunku, a efekty tamtych poszukiwań stały się tak archaiczne, że mogą zainteresować jedynie archeologów.
O tym jak wygląda prawdziwe życie artysty napisałem w krótkim opowiadaniu które można przeczytać „TU”
W takim razie jak to zrobić, by utrzymywać się z bycia artystą?
Najprostszym sposobem jest mieć plan i cel. Trzeba też wiedzieć czego się chce. Jeśli chce się za dużo, to może być trudno. Dlatego zamiast wciąż myśleć o Grotowskim postanowiłem próbować wszystkiego – od aktorstwa po żonglerkę. Należy umieć wycenić swoje możliwości i być elastycznym. Dosyć istotna jest świadomość „po co to robimy”. Dla artysty ważnym motywem jest „zdobycie uznania”. Oklaski dają ogromne zadowolenie. Ale jeżeli gra się wyłącznie dla oklasków, dla publiczności, to można się bardzo psychicznie poturbować, bo ego chce wciąż więcej i więcej.
Jeżeli więc artysta nie ma w sobie poczucia własnej wartości, to jego ego nigdy nie będzie zaspokojone. Gdy widownia milknie, pojawia się frustracja. I taki niezwykły smutek, z którym trudno sobie poradzić. Aby tego uniknąć trzeba docenić to, co się ma we wnętrzu. Na tym budować. Jeżeli nie będzie takiej kolejności, to łatwo się zatracić, skończyć w nieciekawy sposób. Znamy wiele takich artystycznych biografii. Dlatego właśnie trzeba odkryć siebie i pozwolić swemu talentowi wzrastać tak, by mógł się obyć także bez oklasków.
Czym według Pana jest pasja? Czy może Pan podać czytelnikom swoją definicję?
Pasja jest wtedy, gdy robimy coś co nas uszczęśliwia i pomimo tego, że ma to swoje wady to staje się naszym świadomym wyborem.  Zasadniczo, słowo pasja ma według mnie dwa znaczenia. Pierwsze z nich to taka namiętność, którą można porównać do porywów serca, gdy jesteśmy zakochani. Wtedy idziemy za tym co nas interesuje bez względy na to co się dzieje. Potem,  gdy te emocje opadną to przychodzi  zderzenie z rzeczywistością i zaczynamy dostrzegać też niekorzystne rzeczy, które są z nią związane. Wtedy musimy nauczyć się tak sterować naszym życiem, by ta nasza pasja nie przyniosła szkód tylko jak najwięcej korzyści. Chodzi o to, by nie tracąc z oczu celu dokonywać takich wyborów by nas do tego celu przybliżały a nie oddalały. Aby to dobrze zrobić musimy mieć świadomość tego, że ta droga do celu nigdy nie będzie prosta a my powinniśmy być elastyczni i próbować odnaleźć dobry zakręt.
W innym wypadku popadniemy w drugi rodzaj pasji, który można nazwać „szewską pasją”. Taka pasja jest wtedy, gdy robimy coś zapamiętale bez korygowania powstających błędów. Życie z tego typu pasją prowadzi tylko do złości i rozgoryczenia. Człowiek, który chce żyć w zgodzie ze swoją pasją powinien być jak dobry żeglarz, który wie jak ustawić żagle by jego statek dopłynął do właściwego portu. 
Panie Piotrze, bardzo dziękuje za wywiad i życzę dalszych sukcesów zawodowych.
Ja również dziękuje.
Autorem fotografii tytułowej jest Marcin Chochlew.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wszystko dzieje się w swoim czasie. Wywiad z Lidią Sachą – dyplomowaną terapeutką techniki Bowena.

  Lidia Sacha - dyplomowana terapeutka techniki Bowena, która prowadzi swoją praktykę w Rzeszowie. Zagorzała zwolenniczka naturalnych metod leczenia i zdrowego odżywiania.   W wieku 49 lat obróciła swoje życie do góry nogami, by podążać za swoją pasją. W wywiadzie opowiada, jak tego dokonała. Zapraszam!  Lidka, jak rozpoczęła się twoja przygoda z techniką Bowena? Właściwie doprowadziła do tego seria zbiegów okoliczności. Wcześniej pracowałam jako pracownik administracyjny na wyższej uczelni, gdzie zajmowałam się projektami unijnymi oraz organizacją zajęć dla studentów. Jednak gdy uczelnia zaczęła podupadać, a w pracy zostało mi tylko przygotowywanie dokumentacji do projektów badawczych wiedziałam, że muszę się rozejrzeć za inną pracą. W międzyczasie pracowałam jeszcze w stowarzyszeniu, jednak brakowało mi kontaktu z ludźmi. Niestety w tamtym czasie nie miałam żadnego pomysłu na swoją dalszą karierę zawodową. Dlatego, gdy koleżanka zaproponowała mi pracę w fundacji z projektu unijneg

Z WIZYTĄ W LAVARE DESTYLARNIA LAWENDY – FOTORELACJA

Gdy jesienią ubiegłego roku dowiedziałam się że niedaleko Rzeszowa znajduje się plantacja lawendy, wiedziałam że muszę tam pojechać. Od razu skontaktowałam się z właścicielką i upewniwszy się, że odnajdę tam prawdziwą pasję, bez wahania zaproponowałam wywiad. Anna Rząsa, która od kilku lat prowadzi  Lavare Destylarnia Lawendy  z radością zgodziła się opowiedzieć mi historię powstania swojej firmy. Wspólnie jednak doszłyśmy do wniosku, że wywiad musimy odłożyć w czasie by poczekać aż lawenda zakwitnie. Czekałam więc wiele miesięcy, ale było warto! Ania wraz z rodziną ugościła mnie wspaniale. Nasz wywiad przeprowadzałyśmy zbierając lawendę, która następnie została poddana destylacji. Zanim na stronie pojawi się zapis naszej rozmowy, chciałabym podzielić się z Wami krótką fotorelacją którą zamieszczam poniżej. To właśnie za tymi drzwiami znajduje się destylarnia - królestwo Ani. Miejsce w którym materializują się marzenia, ale nie tylko... Zanim wyruszyłyśmy n

Wierze, że mi się uda. Anna Rząsa opowiada jak powstała jej plantacja lawendy i destylarnia Lavare.

Kim jest Anna Rząsa i jakie marzenie spełnia tu, w Kamieniu gdzie nie słychać gwaru miasta a w powietrzu unosi się zapach kwiatów? Od zawsze ciągnęło mnie do ziemi i pewnie dlatego wybierając studia padło na Archeologię. Ziemia rodzi skarby 😊 , które dopiero po latach odkryłam. Etatową archeolożką jednak nie zostałam, bo życie skierowało mnie na inne tory i na trzecim roku studiów skorzystałam z możliwości pracy w banku i tak przez 11 lat byłam panią z banku. Nie żałuję, bo tam wiele się nauczyłam i otworzyłam na ludzi oraz zrozumiałam, że jeśli się czegoś bardzo chce to każdy jest w stanie wszystkiego się nauczyć a wykształcenie nie przesądza o jego życiu. Zdążyłam się też zakochać, wyjść za mąż, przeprowadzić się na wieś do rodzinnego domu i urodzić trójkę dzieci. Ale to nie było to… Skąd w takim razie wziął się pomysł na to, aby posadę pracownika banku zamienić na właściciela destylarni Lavare oraz plantatorkę lawendy? To pączkowało przez kilka lat. Gdy po urodz

Ciesz się tym co robisz a reszta przyjdzie sama. Wywiad z Derekiem Michalskim – fotografem pełnym pasji.

  Derek Michalski – fotograf, poeta, trochę gitarzysta, zdecydowany przyjaciel energii odnawialnej. Redaktor naczelny i założyciel czasopisma LEMAG - Long Exposure Photography Magazine a wkrótce także Infrared Photography Magazine oraz redaktor naczelny The Voice of Renewables – portalu internetowego poświęconego energii odnawialnej na całym świecie, który organizuje konferencje i wystawy w tej branży.   Derka oraz jego żonę Mariolę miałam okazję poznać podczas mojej krótkiej wizyty w Wielkiej Brytani kilka miesięcy temu. Obydwoje mieszkają tam już od wielu lat. Dzięki ich niezwykłej uprzejmości mogłam towarzyszyć im w trakcie kilku plenerów fotograficznych oraz podglądać Dereka przy pracy. Przyznam, że każdy plener to było dla mnie niesamowite przeżycie pełne niespodziewanych zwrotów akcji w poszukiwaniu "tego właściwego" ujęcia. Nigdy też nie spotkałam osoby, której pasja wprost powaliła mnie na łopatki. Z ogromną przyjemnością przedstawiam wam Dereka, który jest niezwykl

PO PROSTU WŁOSKI! WYWIAD Z PAULINĄ, KTÓRA Z PRAWDZIWĄ PASJĄ UCZY JĘZYKA WŁOSKIEGO

Paulina  w tym roku ukończyła studia informatyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim  uzyskując tytuł magistra ze specjalności Modelowanie, Sterowanie i Sztuczna Inteligencja. W trakcie studiów zdobyła również dyplom z bioinformatyki. Od kilku miesięcy prowadzi własną firmę w której m. in. realizuje różne projekty informatyczne. Choć zna pięć języków, to jej prawdziwą pasją jest język włoski. Właśnie dlatego postanowiła udzielać korepetycji z  języka włoskiego i stworzyła bloga  poprostuwloski.pl .   Ambitna, uśmiechnięta, pełna zapału i optymizmu – takie wrażenie zrobiła na mnie Paulina w trakcie rozmowy, która odbyła się w jednej z krakowskich kawiarni.  Paulina, jak to się stało, że studentka informatyki zaczęła uczyć języka włoskiego? Zanim zaczęłam studia informatyczne w Polsce, przez jedenaście lat mieszkałam we Włoszech. Wyjechałam tam będąc 9-cio letnim dzieckiem. Tam również ukończyłam szkołę podstawową i średnią więc można powiedzieć, że jestem prawie Włoszką :). Nau

PASJA TO ENERGIA, KTÓRA NAPĘDZA MNIE DO DZIAŁANIA. WYWIAD Z IGĄ PRZYBYŚ – FIZJOTERAPEUTKĄ KONI

Iga Przybyś  – Mgr inż. Zootechnik i behawiorysta zwierząt. Od 2008 r. zajmuje się profesjonalną fizjoterapią koni. Posiada Certyfikat MEN Zoofizjoterapeuta Koni a także Certyfikat Diagnostyki Termowizyjnej. Jest również wykwalifikowanym masażystą koni, hipoterapeutą oraz instruktorem jazdy konnej. Od 2015 r. wspólnie z mężem, Bartłomiejem, który jest utytułowanym jeźdźcem oraz instruktorem jazy konnej prowadzą rodzinną firmę pod nazwą  „Przybyś Team” .   , Z Igą spotykam się w stadninie  Stajenka Leśne Szlaki w Straszydlu,  gdzie prowadzi rehabilitację koni. Tam również ma swoją siedzibę „Przybyś Team”. Igę podglądam przy pracy. Ma fantastyczny kontakt ze zwierzętami a uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Jest osobą, po której od razu widać, że kocha to co robi.  IGA, CO JEST TWOJĄ PASJĄ? Moją pasją są konie – Praca i obcowanie z nimi. To wspaniałe i piękne zwierzęta. Niezwykle mądre i wrażliwe. SKĄD WZIĘŁO SIĘ ZAINTERESOWANIE KOŃMI I OD KIEDY TRWA? Generalnie, hopla

WIEM, ŻE TO JEST TO! WYWIAD Z VARIAVARIA KONICZYNKA – MAGDALENĄ RZEŹNICZEK-CZAPNIK

Magdalena Rzeźniczek-Czapnik  z wykształcenia jest socjologiem i ceramikiem artystycznym a także arteterapeutą. Stworzyła markę  VaraVaria Koniczynka , dzięki której na rynku pojawiała się unikalna biżuteria, która nie tylko zdobi, ale również pełni wyjątkową misję. Z sukcesami  działa również w obszarach związanych z rozwojem osobistym.  Magda, czy łatwo jest zaleźć czterolistną koniczynkę?  To zależy od tego, jak na to spojrzeć. Czterolistne koniczynki zbieram od dziecka, więc trudno jest mi to ocenić, choć wiele osób na pewno uważa, że jest to bardzo trudne. Ja mam w sobie taki odruch szukania koniczynek. Moi znajomi śmieją się, że ciągle jestem w pracy. Bywają dni, że nie znajdę ani jednej koniczynki ale bywają też takie, w których znajdę nawet siedem. Swoich koniczynek szukam wszędzie i wtedy, kiedy tylko mam okazję np. idąc na zakupy, wracając z pracy czy będąc w podróży. Nieważne czy jest to Gruzja, Szwajcaria,Turcja czy Albania. Koniczynki rosną wszędzie – oprócz

CHCĘ ODCZAROWAĆ POEZJĘ. DEBIUTUJĄCA POETKA MAŁGORZATA SZEPELAK OPOWIADA JAK POWSTAŁ JEJ TOMIK „KUFER CEDRU PEŁEN”

Małgorzata Szepelak  – poetka, wielbicielka książek i przyrody. Kocha podróże i koty. Jak sama mawia, w życiu wiele rzeczy ją fascynuje – zapach, jaki unosi się w teatrze, festiwale literackie i filmowe oraz wschody i zachody słońca. Uwielbia  słuchać ludzi, którzy mają COŚ do powiedzenia i potrafią dzielić się swoją wiedzą oraz pasją. Ten wywiad jest dla mnie wyjątkowy, bo wyjątkowy jest również mój gość. Razem z Małgorzatą studiowałyśmy dziennikarstwo i do dziś się przyjaźnimy. To dzięki niej odkryłam piękno Bieszczad, to właśnie ona zabrała mnie targi książki, gdzie zdobywałam swoje pierwsze autografy i to tylko dzięki niej stawiałam pierwsze kroki na nartach, choć nigdy nie wierzyłam, że dam radę. Wiele jej zawdzięczam. To ogromy zaszczyt, że mnie jako pierwszej udzieliła wywiadu. Poznajcie kobietę pełną pasji i debiutującą poetkę –   Małgorzatę Szepelak. Gosia, znamy się wiele lat i wiem, że słowo pisane jest w twoim życiu od dawna.  Potrafisz sobie przypomnieć nar

TANGO ARGENTYŃSKIE – WSPÓLNA PASJA POMYSŁEM NA CIEKAWE ŻYCIE

Swoją pasją wciąż zarażają nowych adeptów tanga. Co tydzień organizują milongi i prowadzą cykliczny kurs podstaw tanga argentyńskiego. To właśnie dzięki nim w Rzeszowie mogą odbywać się liczne warsztaty, na których wiedzę o nauce tanga  można czerpać od mistrzów z całego świata. Poznajcie Anię i Sławka Sulenckich, którzy już od czterech lat każdą wolną chwilę spędzają tańcząc tango argentyńskie. Ania i Sławek Sulenccy Fot. Katarzyna Michno Adelto.pl Z Anią i Sławkiem spotykam się w hotelu  Fal c on , gdzie w każdy poniedziałkowy wieczór organizowana jest rzeszowska milonga, na której można zatańczyć prawdziwe Tango Argentyńskie. Oboje ubrani w wieczorowe stroje, oczekując na pierwsze tangowe rytmy wieczoru opowiedzieli mi o swojej pasji. Od czego zaczęła się Wasza przygoda z tangiem?   Sławek : Nasza przygoda z tangiem tak naprawdę zaczęła się już na studiach, gdy razem zapisaliśmy się na warsztaty z tanga argentyńskiego. Niestety, z  braku wystarczającej ilości chętny